RSS
środa, 24 czerwca 2015

O tym, że istnieje tzw. lista niemiecka ( z drugiej wojny światowej ) książek zakazanych nie wiedziałam. Myślałam, że po prostu "odgórnie" zabronili wydawania wszystkiego, oprócz tzw. gadzinówek. Mieliśmy przecież być zredukowani do najprostszej siły roboczej - stąd zamknięcie uniwersytetów, szkół.

Ale skrupulatni Niemcy, podobnie jak komuniści, stworzyli listę autorów i tytułów szczególnie niepożądanych, "niemieckowrogich" i szkodliwych..

Na zaciętej aukcji internetowej nabyłam listę numerowaną jako 432 i jest to lista Nr 3 z 1942 roku, oczywiście znów ściśle tajna!

 

 

Czytam i chyba bez większych zaskoczeń. Oczywiście wszystkie utwory, które wskazują na zwycięstwo pod Grunwaldem, na potęgę Piastów, na związanie Śląska, Wielkopolski lub Pomorza z Polską, automatycznie są na liście.

Nie można też pisać swobodnie o Koperniku, Wicie Stoszu i ... Piłsudskim. Zresztą mam wrażenie po przejrzeniu tej listy, że wszystko co dotyczyło II Rzeczypospolitej było zakazane - a więc Legiony, pisma Ignacego Paderewskiego, Mościckiego, Hallera i Dmowskiego.

Bardzo obawiano się edukacji historycznej - obok Piastów, stale pojawiają się opracowania lub beletrystyka dotycząca polskich bohaterów narodowych : Jana III Sobieskiego, Batorego, Kościuszki, Hetmana Żółkiewskiego, Czarneckiego, Chodkiewicza, powstań narodowych i oczywiście Konstytucji 3 maja.

"Dzieje Polski ilustrowane" Sokołowskiego - zakazane.

"Ojczyzna w piśmie i w pomnikach" Heleny Rzepeckiej - zakazane. Cepnik, Grabbiec, Szajnocha - zakazani.

Na czym polega różnica z listą komunistyczną współtworzoną z kolaborującym z ZSRR rządem?

Głównie podejściem do klasyków polskich - Niemcy ich nie tolerowali . Na liście mamy więc - Mickiewicza, Słowackiego, Krasickiego i nawet Jana Kochanowskiego! Oczywiście  jest również Sienkiewicz ( nie tylko z Krzyżakami), Orzeszkowa, Konopnicka, Kraszewski czy Żeromski.

Niemcy nie cenili poezji i awangardy ( a może wprost przeciwnie przeceniali jej wpływ na społeczeństwo) - stąd nazwiska Tetmajer, Peiper, Tuwim, Wierzyński.

Oczywiście na indeksie była też tematyka harcerska i zuchowa - tu podobnie jak komuniści zdawali sobie sprawę, jak ważne jest wychowanie najmłodszych pokoleń!

A w mojej ulubionej kategorii literatury dla najmłodszych wiele pozycji tak samo groźnych było dla nazistów jak i dla komunistów, proszę oto kilka przykładów:

1. Miejsce W. Bełza "Katechizm polskiego dziecka" ( tak, tak ten sam ! )

2. "Bohaterski miś" B. Ostrowskiej ( ten sam pluszak z I wojny, o którym pisałam)

3. Zofia Kossak-Szczucka ( chyba wszystko łącznie z Kłopotami Kacperka Góreckiego Skrzata )

4. Kornel Makuszyński ( Uśmiech Lwowa, Skrzydlaty chłopiec, Wanda leży w naszej ziemi, Złamany miecz)

oraz  Zuzanna Rabska - wszystko, Artur Oppman - wszystko, J. Korczak - naturalnie wszystko, Deotyma "Panienka z okienka", A. Domańska "Historia żółtej ciżemki",  A. Kamiński "Antek Cwaniak",  Maria Kann "Pilot gotów",  Janusz Meissner, Wacław Gąsiorowski, W. Przyborowski....

Oraz mniej znani a dawniej bardzo popularni Antoni Gawiński,  Maria Bogusławska, Zofia Bukowiecka, Jerzy Braun,Maria Buyno-Arctowa, Bronisława Bobrowska, Jadwiga z Łobzowa, Edmund Jezierski, M. Reutt.

 Przeglądam i myślę, że raptem 60/70 lat później sami dobrowolnie zrzekliśmy się tego zbędnego, nudnego balastu klasyków.

Fragmenty jako lektury, plus całkowity odwrót inteligencji od literatury. A jeśli już coś przeczytamy na urlopie, to nie Sienkiewicza czy Żeromskiego, ale raczej skandynawski kryminał lub "celebryckie  biografie".

A w przypływie patriotyzmu może kryminał skandynawski zamienimy przy kasie na polski ;-(

 

21:54, oldbook
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 kwietnia 2015

Pisałam już o utworach, które przez cenzurę nie zostały dopuszczone do druku przez wiele lat, niektóre musiały czekać, aż upadnie komuna w Polsce, aby doczekać się wznowień.

Ale cenzura, działała też bardziej wyrafinowanie, np. dopuszczała do druku, ale należało zmienić parę zdań, wymowę utworu, usunąć jakiś wątek. Ot, taka tam drobna kosmetyka. Jakież to może mieć znaczenie?

Tak, jakie skoro tak przy tych zmianach cenzorzy się upierali? Czyli detal czyni czasami jednak wielką różnicę.

Takiemu "unowocześnieniu" przez cenzurę poddano popularny, zdawałoby się niewinny komiks przedwojenny dla dzieci czyli "Przygody Koziołka Matołka" ( pierwsze wydanie z 1932 roku).

Autorem tekstu był bardzo popularny przed wojną pisarz dla młodzieży Kornel Makuszyński. Na liście cenzorskiej z 1951 w zasadzie zabroniono wydania tylko jednej jego książki "Uśmiechu Lwowa". Ale w praktyce przez kilka kolejnych lat nie wydawano nic.

Przełom nastąpił dopiero po odwilży stalinowskiej w 1956 roku. I wtedy zezwolono na druk nawet "Koziołka Matołka", tak wzgardliwie traktowanego przez socrealistów, jako przykładu płytkiej  rozrywki wzorowanej na amerykańskich "comics".

Warunkiem były oczywiście zmiany w ilustracjach, których musiał dokonać Marian Walentynowicz ( autor rysunków).

Co zmienił? Oczywiście przedwojennych policjantów i żołnierzy w rogatywkach na funkcjonariuszy Milicji i Ludowego Wojska Polskiego, usunięto obrazki z modlącymi się dziećmi i z kościołami, polski samolot z biało-czerwoną szachownicą został zmieniony na radzieckiego miga, a lecąc na Warszawą Matołek widzi już nie kolumnę króla Zygmunta tylko dar architektoniczny towarzyszy radzieckich czyli Pałac Kultury i Nauki.

A może znajdziecie jeszcze jakieś inne zmiany?

( Ilustracje znalazłam na stronie o polskim komiksie www.tytusdezoo.republika.pl )

A Joanna Papuzińska w "Moim bajarzu odnowionym" pisze, że podczas stanu wojennego niechlubna Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego przerobiona na słynną wronę, która skona i orła nie pokona, budziła znów taki niepokój cenzury, że " z kiosków Ruchu wycofano pośpiesznie wszystkie pocztówki Mariana Walentynowicza z "Koziołka Matołka", gdzie bohater przebrany w mundur żołnierski, stoi pod drzewem, z którego przygląda mu się wrona."

Oj, nie był taki naiwny ten nasz Koziołek, jak nam się w dzieciństwie zdawało, oj nie!

 

 

12:32, oldbook
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 marca 2015

Życie potrafi być zadziwiające i przewrotne. A losy jednego z naszych najwybitniejszych poetów XX-lecia wojennego Jana Lechonia, świadczyć mogą o tym szczególnie dobitnie.

Nawet jeśli ktoś nie zna jego poezji,  to może pamięta jeszcze ( ze starego liceum) buńczuczne wyzwanie młodego poety rzucone w 1917 roku w wierszu "Herostrates" : A wiosną - niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę". Swoisty manifest pokolenia, które marzyło, że długo oczekiwana niepodległość Polski, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmieni stare zaklęcia, przywróci normalność, pozwoli cieszyć się ( krótkotrwałą jak się szybko okazało ) stabilizacją.

Obdarzony ogromnym poczuciem humoru współtwórca kabaretu "Pod Pikadorem" i członek słynnej grupy literackiej "Skamandryci" - " Jan Lechoń, genialne dziecko, które zachwyciło salony literackie Warszawy dwoma tomikami wierszy napisanych w wieku szkolnym, również wyglądem potwierdzał wyobrażenie o poecie biednym, beztroski i roztargnionym, którego świadomość rzadkim bywa gościem w codzienności." ( "Dwudziestolecie literackie" A. Zawada)

Ale szybko dochodzi do głosu rzeczywistość i po świetnym "Karmazynowym poemacie" poeta milknie na prawie 20 lat. I paradoksalnie to nie wolność, ale właśnie kolejna wojna i zniewolenie pozwalają mu znów tworzyć.

Po wybuchu II wojny pozostaje na emigracji i nie wraca kraju po 1945 roku, podobnie jak jego przyjaciel Kazimierz Wierzyński. I ten, który walczył z mitami sam się do nich odwołuje, tworząc przejmujące wiersze w duchu szkoły naszych wielkich romantyków ( "Pieśń o Stefanie Starzyńskim","Rejtan", "Marsz II Korpusu" ).

Dlatego podobnie jak inni poeci emigracyjni, był poetą niewznawianym ( wydania przedwojenne poezji i później dopiero "Poezje" z 1995 roku), przywoływanym jedynie jako współtwórca Skamandrytów obok J. Tuwima. Nad wierszami emigracyjnymi panowała "komunistyczna zmowa milczenia".

Niestety i obecnie zaczyna dominować dziwna narracja w interpretacji twórczości poety i nawet w Wikipedii podkreśla się głównie jego orientację seksualną, jakby ten wątek dominował w twórczości, co dla każdego wnikliwego czytelnika jest założeniem z gruntu nieprawdziwym, natomiast z pewnością nośnym medialnie :-(

O tym, że w swoim dorobku poeta ma również jedną książeczkę dla dzieci dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, a wierszowana "Historia o jednym chłopczyku i o jednym lotniku" wydana w 1946 roku w Londynie z pewnością warta jest poznania:

 

18:51, oldbook
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 marca 2015

Tym razem miało być o polskiej "Ani z Lechickich pól." Zaintrygował mnie fakt, że też mieliśmy swoją przedwojenną Anię.

Ukazały się trzy tomy: Dziecięctwo, Młodość i Miłość Ani. Autorką powieści jest Maria Dunin-Kozicka.

Oczywiście trafiła na listę cenzury PRL-u i to nawet "nominowana" w dwóch kategoriach: książek dla dzieci i książek dla dorosłych.

Kupiłam wydania wznowione po 89-tym. Zaczęłam czytać od kategorii dla dorosłych, czyli od "Burzy".

Niby znamy te fakty z historii, ale książka opisuje te wydarzania w sposób wstrząsający.

To opowieść o końcu kresowego życia polskiego ziemiaństwa na Ukrainie. O pierwszej fali rewolucji bolszewickiej, która wypędziła Polaków z ich majątków i posiadłości,  tej z lat 1917-1920.

Po przeczytaniu pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, to z "Doktorem Żywago" B. Pasternaka. Ale tylko tematyka jest podobna, bo wszystko inne odróżnia znacząco te książki od siebie. U Pasternaka mamy głównie opowieść o miłości, której tłem jest rewolucja w Rosji. Kozicka opisuje rewolucję, która determinuje życie wielu ludzi, która zamienia je w tragedię. U Pasternaka mamy jakiś rodzaj konieczności dziejowej, wiatru historii, który zmienia losy,  u Dunin-Kozickiej to tsunami, które niszczy wszystko, co napotka po drodze.

A współczesny czytelnik ma świadomość, ze to zaledwie preludium sonaty rewolucyjnej, że to 1-sza fala prawdziwej hetakomby.

Druga fala uderzy w chwilowych zwycięzców, czyli w Ukrainców ( Wielki Głód na Ukrainie). Zresztą o samych Ukraińcach autorka wypowiada się dobrze, zdaje sobie sprawę, że Bolszewicy wykorzystują po prostu biedę i ich brak wykształcenia, a za zaniedbania w tej dziedzinie zaczyna obwiniać między innymi polskie ziemiaństwo.

Z dużą dozą wnikliwości autorka ukazała też metody przejmowania władzy przez komunistów - idealistyczne hasła głoszone przez rozsyłanych po całym kraju agitatorów ( mi  nasunęło to skojarzenia z emisariuszami typu ksiądz Robak, którzy trafiali z kolei do polskich chat ) i później całkowity dysonans w działaniu : cierpią również najniższe warstwy i oni trafiają do więzień podejrzani o kontrrewolucję ( np. zarzut taki spotkał dozorcę z dworu, któremu nie spodobała się gra na fortepianie jednego z bolszewików ).

Gdy Dunin-Kozicka trafia do Komitetu Propagandy przez chwilę czujemy się jak w absurdalnym świecie Kafki. Dawne jej mieszkanie i cała piękna  kamienica zajęta przez Tajemniczy Urząd. Stosy ulotek i opracowań i zapracowani rewolucjoniści, którzy nie zwracają żadnej uwagi na błąkającą się załamaną kobietę.

A napięcie rośnie z rozdziału na rozdział. Początkowo zresztą mamy jeszcze opis spokojnego życia w kresowym dworze. Nadciągające echa wojny, wydają się odległe i nierealne w swym opisie. Dlatego państwo Koziccy zachowują spokój. Gdy wokół palone są inne majątki, oni wierzą, że ich poddani nigdy nie posuną się do takich czynów. ( Mają zresztą trochę w tym racji, bo chłopi ukraińscy staną w obronie swego pana). Ale rusza machina rewolucyjna - ziemie zostają zarekwirowane, konta w bankach przejęte. Czytając zastanawiałam się dlaczego nie uciekają, dlaczego tak się narażają? Jedyne wytłumaczenie jest takie, że nikt nie mógł sobie wyobrazić, że można robić w XX wieku takie rzeczy ( a wiemy, że za 20 lat wszystko powtórzy się na jeszcze większą skalę - no cóż widać, że historia niczego nas nie uczy...)

Czyta się te strony z narastającym napięciem. Zresztą autorka początkowo daje nam szerokie opisy wydarzeń, gdy pętla się zaciska, pozostają tylko jakby krótkie wyrwane kartki z kalendarza. Po opuszczeniu dworu i przeprowadzce do Kijowa znów chwilowo wydaje  się, że sytuacja ulega normalizacji.

Ale to tylko złudzenie, które znów pryska, gdy zostaje aresztowany mąż. Zaczyna się dla Kozickiej kolejny etap - szaleńcze poszukiwania. A my dostajemy wstrząsające nawet dziś opisy metod czerezwyczajki. Bezzasadne aresztowania, tortury, oczekiwania w celach śmierci, czasami zwolnienie po łapówce, częściej kara śmierci "strzałem w tył głowy" i wspólna mogiła w przypadkowym dole. I cisza, bez najmniejszej nawet informacji dla rodziny. A później horror ekshumacji dla rodzin, gdy bolszewicy uciekają przed Denikinem.

Jak znaleźć i ocalić męża, gdzie się schronić z córką?

Nie mogła więc ta książka ukazać się w komunistycznej Polsce, bo ukazywała mechanizmy działań Sowietów. I mimo podobnego tematu, tak różni się od "Doktora Żywago". Jest pisana, jakby "trzewiami" kobiety, która to wszystko przeszła.

Ta historia nie powstała przy biurku pisarza, tu pisarzem było Życie, a Dunin-Kozicka ujęła tylko swoje wspomnienia w ramy powieści. 



 

 

wtorek, 03 lutego 2015



Ten wierszyk zna chyba każde polskie dziecko.

Ale nie każdy wie, że przez długie lata "Katechizmu polskiego dziecka" nie można było wydawać. Po pierwszym wydaniu w 1900 roku, były jeszcze przed wojną 2 kolejne i jedno w wyborze pt. "Dla polskich dzieci". Później długie lata ciszy. Odwilż, w tej tak zdawałoby się błahej sprawie, nastąpiła dopiero w latach 70-tych XX wieku. Ale nastąpiła pewna drobna, w zasadzie niedostrzegalna zmiana. Od 1975 roku wiersze Bełzy ukazywały się do 1990 roku konsekwentnie zawsze pt. "Kto ty jesteś? Polak mały!"

Ale wiadomo, że nie po to była demokracja ludu pracującego, aby lud uczył się jakiś zabobonów, a przecież samo słowo "katechizm" jest już przejawem przedwojennego, sanacyjnego obskurantyzmu .

Wierszyka uczyła mnie oczywiście babcia, która znała go ze swojego dzieciństwa - taka tradycja przekazywana z ust do ust. Obyło  się bez druków.

Wydań PRL-owskich więc nie mam, ale domyślam się, że skoro zmieniono tytuł, to nie pojawiły tam takie wiersze jak np. Modlitwa za ojczyznę, Modlitwa polskiego dziewczątka czy Cnoty kardynalne ( oczywiście chodzi tu o wiarę, nadzieję  i miłość, bo tylko ona pozwoli odzyskać niepodległość:

"Wiary silna broń,

Wiary, w Polski trwały byt,

Że ją dźwignie Boża dłoń

I na sławy wzniesie szczyt")

Nie był jednak Władysław Bełza romantycznym wieszczem "kuszącym dziatki" wizją bezsensownie przelewanej krwi, jak mu się często zarzuca. Jego wiersze są  mocno osadzone w pozytwistycznej wizji pracy. I to do niej i do sumiennej nauki głównie zachęca dzieci w swoich wierszykach.

"Kiedyś przyszłość was przekona,

Gdy się młodość przeinaczy:

Że nie szabla wyostrzona,

Mądra głowa więcej znaczy!

A więc ucz się polska młodzi,

Nie schodź nigdy z drogi cnoty!

Może w tobie Bóg odrodzi,

Zygmuntowski wiek nasz złoty!"  (Do dzieci)

Oprócz silnej wiary, wiersze dla dzieci Bełzy zawsze podkreślają potrzebę szanowania rodziców oraz  innych ludzi, bez względu na ich stan posiadania, a także troskę np. o zwierzęta ( np. wiersze  Gniazdko, Skowronek, Motyl, W klatce, Pamiętajcie o ptaszkach).

Niestety sam poeta odzyskania niepodległości nie doczekał. Zmarł we Lwowie w 1913 roku. Został pochowany na Cmentarzu Łyczkowskim.

 

 

 

 

23:52, oldbook
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 grudnia 2014

Do tych określeń mogłabym dodać jeszcze wiele innych, np. przed wojną jeden najpoczytniejszych autorów na świecie, wydał ponad 80 milionów książek w 30 językach, był porównywany do Kiplinga, Londona, Maya.

O kim mowa?

Antoni Ferdynand Ossendowski.

Jego życie to materiał na fascynujący film. Ale mało komu, nawet z wykształconych Polaków mówi coś dziś nazwisko Ossendowski. To nie przypadek. Napisał książkę, której władze  PRL-u mu nie wybaczyły. Beletryzowana biografia Lenina ukazała się w 1930 roku i zdemaskowała prawdziwe oblicze rzekomego "przyjaciela ludu pracującego."

A i wcześniejsza biografia stawiała go na straconej po wojnie pozycji wydawniczej.

Już W 1905 roku został w Rosji skazany na karę śmierci, cudem odzyskał wolność. Po wybuchu rewolucji i podczas I wojny współpracował z Białymi.

Ścigany przez policję Czeka, związał się z baronem Ungerem, który próbował na terenie dzisiejszej Mongolii zbudować państwo niezależne od ówczesnego Kraju Rad. Do dziś krążą w  informacje o tajemniczym skarbie Ungera, o którego miejscu przechowywania miałby wiedzieć Ossendowski. Legendę ten utwierdza fanatyczna nienawiść Sowietów do pisarza, którego nawet po śmierci NKWD kazało ekshumować, aby potwierdzić przez miejscowego dentystę, czy nieboszczyk to z pewnością pisarz Ossendowski.

Uciekając z ogarniętej rewolucyjnym krwawym szałem Rosji wędruje przez Syberię, Mongolię. Posądzany jest o współpracę z wywiadem amerykańskim lub japońskim ( znał świetnie ten język jak i wiele innych ). Tego wątku nie podejmuje w książkach, ale z pasją i malowniczo opisuje Syberię, Azję. Książka o tej podróży "Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów" zostaje oczywiście bestsellerem na świecie ( pierwodruk ukazał się w USA, w 1922 książka ukazała się w Londynie a dopiero rok później w Polsce ).

W wyzwolonej Polsce drukuje kolejne książki : o wyprawie do Afryki, podróży po Palestynie, Syrii,  ale też odkrywa przed Polakami uroki Polesia czy Huculszczyzny.

Francuski krytyk napisał, że "jeżeli Ossendowski przeżył lub widział to wszystko, co opisuje, należy mu się nagroda wszystkich towarzystw geograficznych, jeżeli zaś utwory są dziełem wyobraźni, powinno mu się przyznać Nagrodę Nobla".

Niestety od ustawy o cenzurze w 1947, aż do upadku Urzędu na Mysiej w 1990 roku, nie miała prawa ukazać się żadna książka tego autora, nawet niewinne zdawałoby się książeczki dla dzieci.

Bo Ossendowski pisał też utwory dla najmłodszych. Najbardziej znany jest "Słoń Birara" polecany przez Fundację Cała Polska Czyta Dzieciom. Ale po 1990 wznowiono także jego inne utwory dla najmłodszych: "Życie i przygody małpki" , "Młodzi zwycięzcy", "Wacek i jego pies".

A w przedmowie do "Pamiętnika szympansiczki Kaśki", autor zwraca się do najmłodszych tak:

"Odczytałem znaki, nadrapane niesforną rączką szympansiczki, i przełożyłem na nasz język. Jest to bardzo ciekawe opowiadanie. (...) Czytelnicy moi zrozumieją, że zwierzęta też mają serce, rozum i pamięć. Nie trzymajcie ich w niewoli, nie bijcie, nie krzywdźcie!"

I poczytajcie swoim dzieciom te niezwykłe książki, które tak wyprzedziły swoją epokę.

 

12:04, oldbook
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 maja 2014

Opóźnienia w pisaniu mam jak widać spore, ale nadal szperam i wyszukuję różne perełki.

Dziś Anatol Krakowiecki.

Praktycznie w Polsce nieznany - a jeśli już to nielicznym czytelnikom dzięki autobiograficznej "Książce o Kołymie",  w której opisał swe doświadczenia z radzieckich łagrów. Niestety nawet po odzyskaniu niepodległości nie doczekaliśmy się wydania krajowego.

Wojnę udało mu się przeżyć, dzięki tworzącej się Armii Andersa, z którą przeszedł cały szlak bojowy jako redaktor. Po wojnie, jak wielu innych towarzyszy broni pozostał na emigracji w Londynie.

Oprócz "Książki o Kołymie" był też autorem książek dla dzieci i młodzieży. Mnie wzruszyły "Bajki biało-czerwone" wydane w 1944 roku w Jerozolimie.

Są to proste opowieści dla małej Basi, którą wojna razem z innymi polskimi sierotami rzuciła na Bliski Wschód. Wuj Anatol, jak o sobie pisze, chce dziewczynce opowiedzieć o dalekiej, nieosiągalnej wtedy dla nich Polsce. Opowiada o rzeczach oczywistych jak śnieżne święta, porach roku, sobótce, dożynkach czy Lajkoniku. Ale pod tymi prostymi historyjkami kryje się niesamowita tęsknota. Niestety tekst ten czytany po latach jest tym bardziej wzruszający, gdyż mamy świadomość, że ani autor ani Basia do Polski nie powrócili.

Czytałam bowiem te bajki z książką "Polskie sieroty z Tengeru" L. Taylor - o dzieciach z terenów w trakcie II wojny zajętych przez Sowietów, a później zesłanych w głąb Rosji na Sybir czy do Kazachstanu, skąd trafiły do sierocińców na Bliski Wschód, do Afryki a później do Anglii, Kanady czy nawet do Nowej Zelandii. Wspomnienia o tych wydarzeniach ukazały się również staraniem Koła Wychowanków Szkół Polskich z Isfahanu i Libanu w 1988 roku w Londynie pod tytułem "Isfahan miasto polskich dzieci".

 

A Basia może to jedna z dziewczynek np. z tego zdjęcia, tylko która? Ta roześmiana, czy ta w kraciastej sukience, a może ta w kapeluszu?



 

 

17:25, oldbook
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 grudnia 2013

Autorem tej bajki jest Juliusz German. Ale bajka to szczególna, bo "w tej bajce prawie wszystko działo się naprawdę, w listopadzie roku Pańskiego 1918."

Jest to opowieść o 10-letnim Janku ze Lwowa - sprzedawcy gazet, który gdy dowiaduje się, że Ukraińcy zajęli jego ukochane miasto, postanawia walczyć o Polskę razem ze swoim kolegą Frankiem.

Chłopcom udaje się sprytnie obronić przed "ruskim żołdakiem" i nawet zdobyć pas z nabojami i szablę. W za dużych połatanych płaszczach, z karabinami niewiele mniejszymi od nich samych, chłopcy dzielnie walczą o polski Lwów. Chodzą na patrole i zwiady, roznoszą meldunki.

Jedna misja jest szczególnie niebezpieczna, bo Janek ma zanieść wiadomość do oddziału po drugiej stronie miasta i przejść przez linie Rusinów.

Sprytny chłopiec, tak ukrył meldunek, że przeszukujący go żołnierze wroga nic nie znaleźli. Niestety tuż przed polskimi okopami dostrzegają go Rosjanie i strzelają prosto w niego. "Biorą go na cel Rusini, na jednego chłopca wymierzyli luf dwadzieścia. Zachwiał się Janek, za głowę, za serce uchwycił. Ale wolą żelazną jak pancerzem (...) do polskich okopów doskoczył."

 Ale ostatkiem sił Janek  oddaje meldunek, a zapowiedziana odsiecz wkrótce nadchodzi.

"Tak zginął Janek, mały synek wielkiego miasta Lwowa. Ale zginął nie cały, na tym tylko zginął tu świecie..." 

To bardzo prosta i bardzo poruszająca historia. Napisana pięknym, sugestywnym językiem. Książeczka ma tylko 24 strony, więc fabuła toczy się bardzo dynamicznie.

Dodatkową cechą wyróżniającą ten utwór są ilustracje i oprawa graficzna Zygmunta Radnickiego.

I mimo że wydawnictwo ma charakter broszurowy było pięknie i starannie wydane.

A sam autor oczywiście za takie poglądy trafił indeks komunistów.

Zakazane były w PRL-u jego wszystkie książki. A przed wojną należał do jednych z najpopularniejszych polskich pisarzy.

 

 



 

 

16:56, oldbook
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 listopada 2013

Janina Porazińska to klasyka polskiej literatury dla dzieci. Kto z nas nie zna wierszyka " W Wojtusiowej izbie", jej "Szewczyka Dratewki" czy "Pamiętnika Czarnego Noska"?

Mamy czytały nam, teraz my czytamy naszym dzieciom.

Ale na wspomnianym indeksie PRL-u znalazły się również utwory tej poetki. Mimo licznych późniejszych wydań kilka pozycji nigdy się nie doczekało wznowień.

Trzy z tytułów brzmią niegroźnie: klasyczne "Legendy", swojsko-słodko brzmiące "O Franusiu z Pogwizdowa" i wydawałoby się niewinna "Wesoła gromada". 

"Spalony dwór" brzmiał pewnie niepokojąco z punktu widzenia widzenia komunistów - samo słowo dwór już przecież było podejrzane i wrogie klasowo.

Ale udało mi się dotrzeć do samej książki, a dalej było jeszcze bardziej nieprawomyślnie.

Do spokojnej wsi dociera linia frontu ( oczywiście mamy do czynienia z inwazją bolszewicką, zresztą podtytuł brzmi "Opowiadanie z 1920 roku"). Mały Janek  chwyta bochenek chleba, wskakuje na koń i ucieka przed siebie. Zostawia za sobą łunę pożarów. W końcu zmęczony dociera do dziwnego ogrodu, w którym natrafia na zgliszcza tytułowego dworu. W tym jeszcze tlącym się rumowisku znajduje małą dziewczynkę i pomaga jej wyjść z przywalonej deskami piwnicy.

Odtąd dwójka małych bohaterów staje się nierozłączna. Razem szukają pożywienia wśród ruin, robią sobie schronienie, udaje im się nawet złapać wystraszoną kozę i rozproszone kury. Podczas jednej z wycieczek, Janek wpada w ręce bolszewickiego patrolu, który poszukuje ukrywających się skautów. Dzielny chłopak ostrzega harcerzy i wspólnie udaje im się nawet wziąć do niewoli zaskoczonych bolszewików z patrolu. A Janek ciska w nich pieniądze, którymi próbowali go przekupić.

Wyczerpaną i zemdloną Zosię znajduje na drodze stara Jagna. Jej historia zresztą jest równie wzruszająca jak dzieci. Gdy dziewczynka nabiera sił, Jagna odprowadza ją do spalonego dworu. Do dworu i Zosi wraca też Janek, ale po drodze czeka go niezwykłe znalezisko. Spragniony i głodny znajduje w opuszczonej chacie pozostawione niemowlę. Powiem szczerze, że ta scena zmroziła mnie, bo autorka opisuje, że dziecko przeżyło .... karmione przez wychudzoną suczkę!!!  Oczywiście rezolutny chłopak i tym razem sobie poradzi.

W spalonym dworze pojawiają więc się kolejni mieszkańcy - Jagna i  mały Marcinek.

Po pewnym czasie dzielne dzieci postanawiają wyruszyć na poszukiwania rodziców. Niestety, aby dotrzeć do swoich muszą przekroczyć linię frontu. Wpadają znów w ręce bolszewików i zostają ich jeńcami. Do oddziału dociera wieść, że Warszawa została zdobyta przez bolszewików. Rosjanie wiwatują. Ale niedługo potem inna informacja - klęska i odwrót.

Goniec opowiada: "Polakom nieczyste siły pomagają. Wszystko dobrze szło do Wisły. Wisła to ich święta rzeka. Wstały z Wisły dziewice-topielice i rycerze-topielcy i na czele wojsk polskich postawali. Gdzie rycerz-topielec mieczem machnie, tam nasi padają, jak kłosy pod sierpem.(...) Zabieraj się bracie, aż pod Ural, bo co bliżej, to Polak dogoni."

"Lotnicy byli naocznymi świadkami klęski nad Wisłą. Nie opowiadali bajek o topielicach, ale mówili o mądrości dowództwa, o niezwalczonej sile polskiego patriotyzmu, o mocarnym wysiłku całego narodu, o walkach na okopach dzieci, księży i kobiet."

Jankowi i Zosi udaje się uciec i w końcu trafiają na Polaków. Biedne kobiety zapraszają dzieci do stołu i wtedy okazuje się, że jedna z nich jest matką uratowanego cudem Marcinka.

Tych wzruszających spotkań jest zresztą pod koniec książki więcej, bo i Zosi udaje się odnaleźć mamę, która była przekonana, że jej ukochana córeczka zginęła podczas pożaru dworu.

I jak to w książkach dla dzieci wszystko kończy się dobrze, a dwór zostaje wkrótce odbudowany.

Przytoczyłam tu ważniejsze wydarzenia, bo zdaję sobie sprawę, że jest to książka zupełnie nie znana współczesnym czytelnikom. Mnie niezmiernie urzekła ta wzruszająca opowieść. Jest świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem.

Jedyny problem, jaki mam z nią, to zaklasyfikowanie wiekowe jej odbiorców. Czy dzisiejsze dzieci zainteresowałaby ta historia? Wydaje mi się, że szczególnie początek i organizacja życia przez dzieci w spalonym dworze jest barwnie i mimo wszystko lekko napisana. Ale już scena z porzuconym dzieckiem, jest nawet dla mnie, osoby dorosłej wstrząsająca. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie ona przesądziła o tym, że książka ta nigdy nie została wznowiona. A dzieci, których dzieciństwo przypadło na późniejsze czasy kolejnej wojny, również nie miały beztroskiego dzieciństwa.



23:18, oldbook
Link Komentarze (4) »
środa, 06 listopada 2013

Artur Schroeder "Orlęta" Z walk lwowskich.

Do zniszczenia przeznaczono wszystkie wydania książki.

Zresztą sam autor swoim życiorysem naraził się dostatecznie władzy komunistycznej - ten historyk sztuki był początkowo związany ze Lwowem, gdzie redagował "Życie teatralne".

Jednak po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej, a w listopadzie 1918, gdy Ukraińcy zajęli Lwów przystąpił do obrony miasta.

Swoją walkę kontynuował dalej podczas inwazji bolszewickiej w 1920 roku. Ciężko ranny w potyczce pod Zadworzem był czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych.

Od 1927 roku mieszkał w Krakowie, gdzie został sekretarzem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Oskarżony przez Adolfa Szyszko-Bohusza o nieprawidłowości w księgach finansowych towarzystwa i ... zakup węgla do swojego służbowego mieszkania popełnił 16 kwietnia 1934 roku samobójstwo. ( Tak niewiarygodne były kiedyś czasy!!! - )

Późniejsze sądowe zbadanie ksiąg Towarzystwa nie stwierdziło nadużyć!

Jego gorącym obrońcą był na łamach krakowskiej prasy inny znany pisarz i legionista Zygmunt Nowakowski.

Sam Schroeder działalność pisarską traktował jako uboczną działalność, jego żywiołem była krytyka sztuk pięknych.

Wydał tomiki poezji "Chwila", "Echa", nowele "Ostatni Hamlet", powieść "W latarni" i

"Orlęta. Z walk lwowskich".

"Orlęta" - zostały przed wojną wydane kilkakrotnie , między innymi z pięknymi ilustracjami Kamila Mackiewicza. Są to krótkie opowiadania, które ukazują walkę młodzieży o ukochany Lwów. Napisane świetnie, dynamicznie doczekały się jeszcze przed II wojną przekładu na język francuski.

Jeśli uda wam się gdzieś do nich dotrzeć, przeczytajcie koniecznie. Powinny należeć do kanonu literatury XX-lecia międzywojennego.

 

W jednym z przedwojennych wydań zachowały się głosy ówczesnej prasy: "Opowiadania te to cacka artystyczne i tak nam bliskie", "Gdyby autor tych prześlicznych opowiadań był pisarzem zagranicznym, książkę jego przetłumaczono by już na wszystkie języki. Poeta, sam jako obrońca, przeżył te chwile i wyczarował je z nieporównanym pięknem. Niech te "orlęta" czyta cała najmłodsza Polska - najlepsza to książka okresu wojennego."

 

 

 

 

 

12:55, oldbook
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Spis moli