RSS
wtorek, 16 grudnia 2014

Do tych określeń mogłabym dodać jeszcze wiele innych, np. przed wojną jeden najpoczytniejszych autorów na świecie, wydał ponad 80 milionów książek w 30 językach, był porównywany do Kiplinga, Londona, Maya.

O kim mowa?

Antoni Ferdynand Ossendowski.

Jego życie to materiał na fascynujący film. Ale mało komu, nawet z wykształconych Polaków mówi coś dziś nazwisko Ossendowski. To nie przypadek. Napisał książkę, której władze  PRL-u mu nie wybaczyły. Beletryzowana biografia Lenina ukazała się w 1930 roku i zdemaskowała prawdziwe oblicze rzekomego "przyjaciela ludu pracującego."

A i wcześniejsza biografia stawiała go na straconej po wojnie pozycji wydawniczej.

Już W 1905 roku został w Rosji skazany na karę śmierci, cudem odzyskał wolność. Po wybuchu rewolucji i podczas I wojny współpracował z Białymi.

Ścigany przez policję Czeka, związał się z baronem Ungerem, który próbował na terenie dzisiejszej Mongolii zbudować państwo niezależne od ówczesnego Kraju Rad. Do dziś krążą w  informacje o tajemniczym skarbie Ungera, o którego miejscu przechowywania miałby wiedzieć Ossendowski. Legendę ten utwierdza fanatyczna nienawiść Sowietów do pisarza, którego nawet po śmierci NKWD kazało ekshumować, aby potwierdzić przez miejscowego dentystę, czy nieboszczyk to z pewnością pisarz Ossendowski.

Uciekając z ogarniętej rewolucyjnym krwawym szałem Rosji wędruje przez Syberię, Mongolię. Posądzany jest o współpracę z wywiadem amerykańskim lub japońskim ( znał świetnie ten język jak i wiele innych ). Tego wątku nie podejmuje w książkach, ale z pasją i malowniczo opisuje Syberię, Azję. Książka o tej podróży "Przez kraj ludzi, zwierząt i bogów" zostaje oczywiście bestsellerem na świecie ( pierwodruk ukazał się w USA, w 1922 książka ukazała się w Londynie a dopiero rok później w Polsce ).

W wyzwolonej Polsce drukuje kolejne książki : o wyprawie do Afryki, podróży po Palestynie, Syrii,  ale też odkrywa przed Polakami uroki Polesia czy Huculszczyzny.

Francuski krytyk napisał, że "jeżeli Ossendowski przeżył lub widział to wszystko, co opisuje, należy mu się nagroda wszystkich towarzystw geograficznych, jeżeli zaś utwory są dziełem wyobraźni, powinno mu się przyznać Nagrodę Nobla".

Niestety od ustawy o cenzurze w 1947, aż do upadku Urzędu na Mysiej w 1990 roku, nie miała prawa ukazać się żadna książka tego autora, nawet niewinne zdawałoby się książeczki dla dzieci.

Bo Ossendowski pisał też utwory dla najmłodszych. Najbardziej znany jest "Słoń Birara" polecany przez Fundację Cała Polska Czyta Dzieciom. Ale po 1990 wznowiono także jego inne utwory dla najmłodszych: "Życie i przygody małpki" , "Młodzi zwycięzcy", "Wacek i jego pies".

A w przedmowie do "Pamiętnika szympansiczki Kaśki", autor zwraca się do najmłodszych tak:

"Odczytałem znaki, nadrapane niesforną rączką szympansiczki, i przełożyłem na nasz język. Jest to bardzo ciekawe opowiadanie. (...) Czytelnicy moi zrozumieją, że zwierzęta też mają serce, rozum i pamięć. Nie trzymajcie ich w niewoli, nie bijcie, nie krzywdźcie!"

I poczytajcie swoim dzieciom te niezwykłe książki, które tak wyprzedziły swoją epokę.

 

12:04, oldbook
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 maja 2014

Opóźnienia w pisaniu mam jak widać spore, ale nadal szperam i wyszukuję różne perełki.

Dziś Anatol Krakowiecki.

Praktycznie w Polsce nieznany - a jeśli już to nielicznym czytelnikom dzięki autobiograficznej "Książce o Kołymie",  w której opisał swe doświadczenia z radzieckich łagrów. Niestety nawet po odzyskaniu niepodległości nie doczekaliśmy się wydania krajowego.

Wojnę udało mu się przeżyć, dzięki tworzącej się Armii Andersa, z którą przeszedł cały szlak bojowy jako redaktor. Po wojnie, jak wielu innych towarzyszy broni pozostał na emigracji w Londynie.

Oprócz "Książki o Kołymie" był też autorem książek dla dzieci i młodzieży. Mnie wzruszyły "Bajki biało-czerwone" wydane w 1944 roku w Jerozolimie.

Są to proste opowieści dla małej Basi, którą wojna razem z innymi polskimi sierotami rzuciła na Bliski Wschód. Wuj Anatol, jak o sobie pisze, chce dziewczynce opowiedzieć o dalekiej, nieosiągalnej wtedy dla nich Polsce. Opowiada o rzeczach oczywistych jak śnieżne święta, porach roku, sobótce, dożynkach czy Lajkoniku. Ale pod tymi prostymi historyjkami kryje się niesamowita tęsknota. Niestety tekst ten czytany po latach jest tym bardziej wzruszający, gdyż mamy świadomość, że ani autor ani Basia do Polski nie powrócili.

Czytałam bowiem te bajki z książką "Polskie sieroty z Tengeru" L. Taylor - o dzieciach z terenów w trakcie II wojny zajętych przez Sowietów, a później zesłanych w głąb Rosji na Sybir czy do Kazachstanu, skąd trafiły do sierocińców na Bliski Wschód, do Afryki a później do Anglii, Kanady czy nawet do Nowej Zelandii. Wspomnienia o tych wydarzeniach ukazały się również staraniem Koła Wychowanków Szkół Polskich z Isfahanu i Libanu w 1988 roku w Londynie pod tytułem "Isfahan miasto polskich dzieci".

 

A Basia może to jedna z dziewczynek np. z tego zdjęcia, tylko która? Ta roześmiana, czy ta w kraciastej sukience, a może ta w kapeluszu?



 

 

17:25, oldbook
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 grudnia 2013

Autorem tej bajki jest Juliusz German. Ale bajka to szczególna, bo "w tej bajce prawie wszystko działo się naprawdę, w listopadzie roku Pańskiego 1918."

Jest to opowieść o 10-letnim Janku ze Lwowa - sprzedawcy gazet, który gdy dowiaduje się, że Ukraińcy zajęli jego ukochane miasto, postanawia walczyć o Polskę razem ze swoim kolegą Frankiem.

Chłopcom udaje się sprytnie obronić przed "ruskim żołdakiem" i nawet zdobyć pas z nabojami i szablę. W za dużych połatanych płaszczach, z karabinami niewiele mniejszymi od nich samych, chłopcy dzielnie walczą o polski Lwów. Chodzą na patrole i zwiady, roznoszą meldunki.

Jedna misja jest szczególnie niebezpieczna, bo Janek ma zanieść wiadomość do oddziału po drugiej stronie miasta i przejść przez linie Rusinów.

Sprytny chłopiec, tak ukrył meldunek, że przeszukujący go żołnierze wroga nic nie znaleźli. Niestety tuż przed polskimi okopami dostrzegają go Rosjanie i strzelają prosto w niego. "Biorą go na cel Rusini, na jednego chłopca wymierzyli luf dwadzieścia. Zachwiał się Janek, za głowę, za serce uchwycił. Ale wolą żelazną jak pancerzem (...) do polskich okopów doskoczył."

 Ale ostatkiem sił Janek  oddaje meldunek, a zapowiedziana odsiecz wkrótce nadchodzi.

"Tak zginął Janek, mały synek wielkiego miasta Lwowa. Ale zginął nie cały, na tym tylko zginął tu świecie..." 

To bardzo prosta i bardzo poruszająca historia. Napisana pięknym, sugestywnym językiem. Książeczka ma tylko 24 strony, więc fabuła toczy się bardzo dynamicznie.

Dodatkową cechą wyróżniającą ten utwór są ilustracje i oprawa graficzna Zygmunta Radnickiego.

I mimo że wydawnictwo ma charakter broszurowy było pięknie i starannie wydane.

A sam autor oczywiście za takie poglądy trafił indeks komunistów.

Zakazane były w PRL-u jego wszystkie książki. A przed wojną należał do jednych z najpopularniejszych polskich pisarzy.

 

 



 

 

16:56, oldbook
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 listopada 2013

Janina Porazińska to klasyka polskiej literatury dla dzieci. Kto z nas nie zna wierszyka " W Wojtusiowej izbie", jej "Szewczyka Dratewki" czy "Pamiętnika Czarnego Noska"?

Mamy czytały nam, teraz my czytamy naszym dzieciom.

Ale na wspomnianym indeksie PRL-u znalazły się również utwory tej poetki. Mimo licznych późniejszych wydań kilka pozycji nigdy się nie doczekało wznowień.

Trzy z tytułów brzmią niegroźnie: klasyczne "Legendy", swojsko-słodko brzmiące "O Franusiu z Pogwizdowa" i wydawałoby się niewinna "Wesoła gromada". 

"Spalony dwór" brzmiał pewnie niepokojąco z punktu widzenia widzenia komunistów - samo słowo dwór już przecież było podejrzane i wrogie klasowo.

Ale udało mi się dotrzeć do samej książki, a dalej było jeszcze bardziej nieprawomyślnie.

Do spokojnej wsi dociera linia frontu ( oczywiście mamy do czynienia z inwazją bolszewicką, zresztą podtytuł brzmi "Opowiadanie z 1920 roku"). Mały Janek  chwyta bochenek chleba, wskakuje na koń i ucieka przed siebie. Zostawia za sobą łunę pożarów. W końcu zmęczony dociera do dziwnego ogrodu, w którym natrafia na zgliszcza tytułowego dworu. W tym jeszcze tlącym się rumowisku znajduje małą dziewczynkę i pomaga jej wyjść z przywalonej deskami piwnicy.

Odtąd dwójka małych bohaterów staje się nierozłączna. Razem szukają pożywienia wśród ruin, robią sobie schronienie, udaje im się nawet złapać wystraszoną kozę i rozproszone kury. Podczas jednej z wycieczek, Janek wpada w ręce bolszewickiego patrolu, który poszukuje ukrywających się skautów. Dzielny chłopak ostrzega harcerzy i wspólnie udaje im się nawet wziąć do niewoli zaskoczonych bolszewików z patrolu. A Janek ciska w nich pieniądze, którymi próbowali go przekupić.

Wyczerpaną i zemdloną Zosię znajduje na drodze stara Jagna. Jej historia zresztą jest równie wzruszająca jak dzieci. Gdy dziewczynka nabiera sił, Jagna odprowadza ją do spalonego dworu. Do dworu i Zosi wraca też Janek, ale po drodze czeka go niezwykłe znalezisko. Spragniony i głodny znajduje w opuszczonej chacie pozostawione niemowlę. Powiem szczerze, że ta scena zmroziła mnie, bo autorka opisuje, że dziecko przeżyło .... karmione przez wychudzoną suczkę!!!  Oczywiście rezolutny chłopak i tym razem sobie poradzi.

W spalonym dworze pojawiają więc się kolejni mieszkańcy - Jagna i  mały Marcinek.

Po pewnym czasie dzielne dzieci postanawiają wyruszyć na poszukiwania rodziców. Niestety, aby dotrzeć do swoich muszą przekroczyć linię frontu. Wpadają znów w ręce bolszewików i zostają ich jeńcami. Do oddziału dociera wieść, że Warszawa została zdobyta przez bolszewików. Rosjanie wiwatują. Ale niedługo potem inna informacja - klęska i odwrót.

Goniec opowiada: "Polakom nieczyste siły pomagają. Wszystko dobrze szło do Wisły. Wisła to ich święta rzeka. Wstały z Wisły dziewice-topielice i rycerze-topielcy i na czele wojsk polskich postawali. Gdzie rycerz-topielec mieczem machnie, tam nasi padają, jak kłosy pod sierpem.(...) Zabieraj się bracie, aż pod Ural, bo co bliżej, to Polak dogoni."

"Lotnicy byli naocznymi świadkami klęski nad Wisłą. Nie opowiadali bajek o topielicach, ale mówili o mądrości dowództwa, o niezwalczonej sile polskiego patriotyzmu, o mocarnym wysiłku całego narodu, o walkach na okopach dzieci, księży i kobiet."

Jankowi i Zosi udaje się uciec i w końcu trafiają na Polaków. Biedne kobiety zapraszają dzieci do stołu i wtedy okazuje się, że jedna z nich jest matką uratowanego cudem Marcinka.

Tych wzruszających spotkań jest zresztą pod koniec książki więcej, bo i Zosi udaje się odnaleźć mamę, która była przekonana, że jej ukochana córeczka zginęła podczas pożaru dworu.

I jak to w książkach dla dzieci wszystko kończy się dobrze, a dwór zostaje wkrótce odbudowany.

Przytoczyłam tu ważniejsze wydarzenia, bo zdaję sobie sprawę, że jest to książka zupełnie nie znana współczesnym czytelnikom. Mnie niezmiernie urzekła ta wzruszająca opowieść. Jest świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem.

Jedyny problem, jaki mam z nią, to zaklasyfikowanie wiekowe jej odbiorców. Czy dzisiejsze dzieci zainteresowałaby ta historia? Wydaje mi się, że szczególnie początek i organizacja życia przez dzieci w spalonym dworze jest barwnie i mimo wszystko lekko napisana. Ale już scena z porzuconym dzieckiem, jest nawet dla mnie, osoby dorosłej wstrząsająca. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie ona przesądziła o tym, że książka ta nigdy nie została wznowiona. A dzieci, których dzieciństwo przypadło na późniejsze czasy kolejnej wojny, również nie miały beztroskiego dzieciństwa.



23:18, oldbook
Link Komentarze (3) »
środa, 06 listopada 2013

Artur Schroeder "Orlęta" Z walk lwowskich.

Do zniszczenia przeznaczono wszystkie wydania książki.

Zresztą sam autor swoim życiorysem naraził się dostatecznie władzy komunistycznej - ten historyk sztuki był początkowo związany ze Lwowem, gdzie redagował "Życie teatralne".

Jednak po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej, a w listopadzie 1918, gdy Ukraińcy zajęli Lwów przystąpił do obrony miasta.

Swoją walkę kontynuował dalej podczas inwazji bolszewickiej w 1920 roku. Ciężko ranny w potyczce pod Zadworzem był czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych.

Od 1927 roku mieszkał w Krakowie, gdzie został sekretarzem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Oskarżony przez Adolfa Szyszko-Bohusza o nieprawidłowości w księgach finansowych towarzystwa i ... zakup węgla do swojego służbowego mieszkania popełnił 16 kwietnia 1934 roku samobójstwo. ( Tak niewiarygodne były kiedyś czasy!!! - )

Późniejsze sądowe zbadanie ksiąg Towarzystwa nie stwierdziło nadużyć!

Jego gorącym obrońcą był na łamach krakowskiej prasy inny znany pisarz i legionista Zygmunt Nowakowski.

Sam Schroeder działalność pisarską traktował jako uboczną działalność, jego żywiołem była krytyka sztuk pięknych.

Wydał tomiki poezji "Chwila", "Echa", nowele "Ostatni Hamlet", powieść "W latarni" i

"Orlęta. Z walk lwowskich".

"Orlęta" - zostały przed wojną wydane kilkakrotnie , między innymi z pięknymi ilustracjami Kamila Mackiewicza. Są to krótkie opowiadania, które ukazują walkę młodzieży o ukochany Lwów. Napisane świetnie, dynamicznie doczekały się jeszcze przed II wojną przekładu na język francuski.

Jeśli uda wam się gdzieś do nich dotrzeć, przeczytajcie koniecznie. Powinny należeć do kanonu literatury XX-lecia międzywojennego.

 

W jednym z przedwojennych wydań zachowały się głosy ówczesnej prasy: "Opowiadania te to cacka artystyczne i tak nam bliskie", "Gdyby autor tych prześlicznych opowiadań był pisarzem zagranicznym, książkę jego przetłumaczono by już na wszystkie języki. Poeta, sam jako obrońca, przeżył te chwile i wyczarował je z nieporównanym pięknem. Niech te "orlęta" czyta cała najmłodsza Polska - najlepsza to książka okresu wojennego."

 

 

 

 

 

12:55, oldbook
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 czerwca 2013

 Pozycja 407 W wykazie nr 3 ( książek dla dzieci ) -  "Bohaterski miś"
Bronisławy Ostrowskiej z dopiskiem : usunąć wszystkie wydania.

Co było tak niebezpiecznego w tej książeczce o pluszowym misiu?

Pełny tytuł to „Bohaterski miś czyli przygody pluszowego niedźwiadka na wojnie. Dla dzieci od lat 10 do 100.”

Ten mały pluszowy niedźwiadek powstał w pracowni zabawek, ale od samego początku nie był zwykłą zabawką. Miś czuje, myśli, zresztą podobnie jak pozostałe przedmioty, tylko ludzie nie potrafią ich właściwie słuchać. Oczywiście motyw ożywionych zabawek nie jest nowy, pojawiał się wcześniej np. w "Dziadku do orzechów" E.T.A Hoffmanna czy "Pinokiu" Carla Collodiego.

Bardzo stare i doświadczone lustro przepowiedziało misiowi, że dokona rzeczy niezwykłych. Dlatego czeka na wielkie przygody i na dzieci, którym umili dzieciństwo.

Trafia do Lwowa do 7-letniej Hali i 12-letniego harcerza Stasia, jest 1910 rok. Staje się nieodłącznym towarzyszem ich zabaw i dziecięcego życia - chorób, lekcji, wakacji.

Ale nasz niedźwiadek nadal marzy o wielkich przygodach, czuje nawet lekkie rozgoryczenie.

Aż nadchodzi lato 1914 roku. Hala i Staś wyjeżdżają na wakacje do Francji. Dom pogrąża się w letnim marazmie, gdy nagle dociera wiadomość o wybuchu wojny. Opis kontrastowego sennego letniego poranka i niepokojących  wiadomości o zbliżającej się wojnie podawany przez rozdrgane druty telegraficzne jest poetycko sugestywny ale i bardzo dynamiczny. Echa tamtego niepokoju czuć w każdym kolejnym zdaniu.

Miś nie może zrozumieć, kto walczy z kim Austria z Rosją, czy Francja z Niemcami a Polska? " Z kimże jesteśmy? Przeciw komu? Przeciw wszystkim trzem! - buntuje się gorąca pewność. Z każdym, byle o Polskę! -zapada postanowienie."

Ale wojna, którą początkowo miś ogląda tylko przez okno, to nie tylko wspaniałe boje, sława i bohaterstwo. Gdy we Lwowie pojawiają się pierwsi ranni zauważa, że " nie wyglądali już, jak cynowe żołnierzyki Stasia. Może nie wyglądali nawet, jak ludzie... To było samo cierpienie, nieszczęście, śmierć - to była - wojna.(...) Nie mogłem pojąć. Auta, wozy, dorożki jechały wolno, ostrożnie, przeładowane bólem."

Z miasta wycofują się Austriacy a wkraczają Rosjanie. "Czemu przyszli? Ze swej dalekiej, szerokiej ziemi tu po naszą? Jakim prawem?"

Mieszkanie Hali i Stasia zostaje zajęte na kwaterę przez rosyjskiego generała, który postanawia zabrać misia dla swego synka Miszki na pamiątkę. Ale nawet ta przymusowa "wizyta", przeciwko której buntuje się miś i inne sprzęty staje się pewną lekcją. Tym razem dowiaduje się , że nawet proste słowo wróg nie jest jednoznaczne. Adiutant generała Griszka, narzeka i marzy, żeby wrócić do domu.

Spakowany do generalskiej skrzyni wyrusza na front. Tabor generała zostaje rozbity i pluszowa zabawka trafia do Legionów, a nawet spotyka samego Komendanta. I tu zaczynają się jego wojenne przygody.

Zachęcam do poznania dalszych przygód, bo naprawdę są fascynujące i zaskakujące.

Wiele książek z tamtego okresu dla dzieci  niestety straciło swój urok. Z książką Ostrowskiej jest inaczej - nadal świetnie ją się czyta. Napisana bardzo sugestywnym i poetyckim językiem, pozbawiona jest tego, czego nie znoszą współcześni czytelnicy "nudnych opisów" ( Jedynie 1-szy rozdział ma charakter wstępu i ma bardziej "opisowy" charakter ).

Akcja toczy się wartko, pełna jest zaskakujących zwrotów i oczywiście dla małych odbiorców cudownych zbiegów okoliczności.

Wojna jest przedstawiona jako coś strasznego i groźnego, ale Polacy muszą walczyć, bo walczą w słusznej sprawie, o ziemie, które im odebrano. " Rewolucja. Car padł. Wielki rosyjski biały car, co słał szeregi zaborców na naszą ziemię, przeciw któremu walczyły od wieku zastępy bojowników Ojczyzny - padł. Teraz zrozumiałem, co znaczy czerwony sztandar na miejscu dwugłowego orła: to car utonął we krwi, którą przelewał. Radowało się moje serce wolnego niedźwiadka tym zwycięstwem wolności - ale niepokoiła mnie - wojna (...) Przewidywałem słusznie . Do Stanisławowa jęły dolatywać od frontu trwożne wieści: Armia rewolucyjna pobita. Ucieka w nieładzie. Pali, rabuje, grabi.(…) Zanim zrozumieliśmy, co się dzieje niebezpieczeństwo było usunięte. To wracający z frontu ułani polscy obrócili oręż przeciw rabującemu miasto żołdactwu. Uratowali Stanisławów.”

Jest to więc bardzo dojrzała perspektywa, rewolucjoniści mimo że wzbudzają na początku uczucie litości okazują się równie okrutni jak carscy zaborcy. I chyba to jeden z tych kluczowych momentów, który skazał tę książkę na umieszczenie na indeksie i zmielenie na makulaturę wszystkich egzemplarzy bibliotecznych.

"Bohaterski miś" świetną lekcją historii I wojny światowej i odzyskania przez Polaków niepodległości, czy sprawy późniejszych zmienionych granic Polski. Uświadamia młodym czytelnikom czym jest patriotyzm.

Jest to chyba jedna z najczęściej wznawianych książek dla dzieci, które powstały w XX-leciu międzywojennym.

Ja polecam 2 wydania: reprint wydawnictwa „Volumina” z zachowanymi oryginalnymi ilustracjami Kamila Mackiewicza lub wydawnictwą Zysk i S-ka z nowoczesnymi pięknymi ilustracjami Olgi Reszelskiej.



14:22, oldbook
Link Dodaj komentarz »
środa, 03 kwietnia 2013

Wydaje nam się, że indeks ksiąg zakazanych to jakieś średniowiecze połączone z paleniem czarownic na stosach.

Ale nic podobnego, ubiegły wiek pełen był pokazowych akcji palenia książek na stosach, jak w nazistowskich Niemczech, komunistycznych Chinach, podczas rewolucji w Rosji.

W Polsce cenzurowanie książek przyjęło bardziej "cywilizowane" normy - zakaz wydawania i pisania o pewnych autorach.

Nie będę jednak skupiała się na nazwiskach znanych. Mnie zaintrygował los przedwojennych książek dla dzieci.

Wszystko zaczęło się od poszukiwań książki dla mojego syna o wojnie z bolszewikami. Pustka - na allegro, trudno nawet w anykwariat, że nie wspomnę o zwykłych bibliotekach.

Niemożliwe, żeby wszysko zginęło w pożodze wojennej i znalazał odpowiedź - w 1951 roku

władze wydały "Wykaz książek podlegających niezwłocznemu wycofaniu Nr1". W wykazie nr 3 umieszczono książki dla dzieci znalazło się tam 563 pozycje ( dla porównania dla dorosłych było to 1681 szt. )

Wię szukam i tropię - i zachywacam się dawnym bogactwem i różnorodnością przedwojenną. 

17:25, oldbook
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4
 
Spis moli