RSS
czwartek, 10 marca 2016

Ostatni wpis zainspirował mnie do ponownego przekartkowania "Czasów wojny" Ferdynanda Goetla. Może kilka cytatów z tego błyskotliwego pisarza zachęci kogoś do przeczytania jego książek.

O Sowietach:

"Tamta okupacja ( niemiecka) uczyła świat, jak trudno narzucić coś Polakom gwałtem. Ta (radziecka) uczy jak łatwo wziąć nas na obrożę schlebiając i udając przyjaźń."

"Narzędziem (rewolucji komunistycznej w Polsce ) stanie się inteligencja. Awangardzistami odstępstwa i zdrady staną się pisarze. Gorliwość, z jaką będą się wysługiwać zaborczej propagandzie, wyciśnie na nich piętno hańby, niespotykane w dziejach polskiego piśmiennictwa. "Dół" okaże się o wiele więcej odporny. (...) Na "czystki" przyjdzie czas. Chodzi przecież o "spontaniczność" odruchu czy jej pozory. Czołówka zbuntowanych mamisynków, oświeconych z nagła pięknoduchów, profesorów, którzy wreszcie przejrzeli, rzeczników wolności robi wyłom w powściągliwej opinii reszty inteligencji."

Jako przykład takiego postępowania Goetel podaje spotkanie prof. Kutrzeby ze Stalinem. Stalin przyjął go z wielkimi honorami i nawet zgodził się na utworzenie w Polsce stronnictwa katolickiego, ale nie udało się to prof. ze wzgl. na opór polskich komunistów. "Chytry ojczulek Stalin" powtórzył tu swoją gierkę łaskawego i wyrozumiałego człowieka, którego najlepsze chęci paraliżuje zła wola podwładnych. I zdiwiłby się, gdyby Kutrzeba miał okazję mu się poskarżyć, tak jak dziwił się nie mogąc dowiedzieć się, gdzie są oficerowie polscy ( zamordowani w Katyniu ), których poszukiwał na równi z Sikorskim."  

Jak widać i dziś można się wiele rzeczy nauczyć czytając Goetla.

O polityce ZSRR i reakcji świata:

" (Po procesie moskiewskim członków polskiego rządu), po 17 września 1939 roku, po zsyłkach, Katyniu, Teheranie, Jałcie, powstaniu warszawskim reakcja jest już niewielka. Monstrualne okoliczności procesu w Moskwie sprzyjały tylko zobojętnieniu. Im większe bowiem, im bezczelniejsze oszustwo, tym mniejsze współczucie dla tego, kto się dał oszukać."

A to fragment relacji z Katynia":

"Wynoszą wskazanego przez nas trupa. Rosły, barczysty człowiek z emblematami rotmistrza. Mundur niezniszczony. Buty prześliczne, "warszawskie". Twarz: woskowa maska. Coś kurczy się w nas i drży, gdy profesor odłącz głowę od ciała i skalpuje ją, aby ukazać na wlot kuli w tyle głowy. A teraz nożyczki tną mundur i poszukują papierów. Są. Poklejone, nadżarte jadem, mało czytelne. Wśród nich kartka z adresem wysyłającego:

"Zielińska.... Powiat Grodziec i dalej "Drogi mężu..."

"Stara nieugięta wiara Polaków w czystość gry i siłę moralnych założeń Zachodu. (...) Rozciągłości tego wydarzenia nie rozumieliśmy także i my, których idealistyczny samobójczy entuzjazm Polaków przerażał. Bo przecież nikt jeszcze nie przewidywał, że zerwanie stosunków z Polską z przyczyny tak ponurej jak sprawa katyńska, jest tylko pierwszym krokiem na drodze likwidacji sprawy państwa polskiego przez wszystkich jego sprzymierzeńców, a odżegnanie się od Katynia stanie się świadectwem nędzy moralnej całego zachodniego świata. "Zginęli, aby Polska istniała (...), ale Polska związana z tymi prochami, miała istnieć jako widmo, spędzające z oczu sen bezpieczny."

Jest też w tej książce szczegółowa relacja ze spotkania Goetla z naocznym świadkiem Katynia - chłopem z Gniazdowa Iwanem Kriwozercowem, któremu udało się uciec przed NKWD. Szukając schronienia u aliantów, był traktowany przez nich jak obłąkany. W końcu trafił do Armii Andersa we Włoszech. Jak napisał Goetel "przywrócił mu zachwiana już wiarę w poczucie humanitaryzmu, zawarte w duszy rosyjskiego ludu. Pił. Niósł w sobie rozpacz, trawiącą go nieustannie. Nie wiedziałem jeszcze, że kiedyś zginie na terenie Anglii w tajemniczych okolicznościach."

A na koniec refleksja o Polsce:

"Otwarto nam prawo do obywatelstwa wszystkich niemal państw, prócz swego własnego. W ten sposób mamy zostać wynarodowieni w nagrodę za utratę niepodległości naszego państwa.

Być Polakiem nie jest to wielka rzecz, jak nam się wydaje. Ale przestać nim być znaczyłoby przestać być człowiekiem."

 

ps. Na liście niemieckiej był zarówno "Kar-Chat" jak i "Pod znakiem faszyzmu."

Jak widać oba totalitaryzmy nie różniły się tak bardzo, jak nas uczono przez wiele lat i często miały wspólnego wroga.

15:55, oldbook
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 marca 2016

Dziś powrót do lektur dla dorosłych czytelników.

Wróg chyba nr 1. No może nr 2 na listach cenzury komunistów - Ferdynand Goetel.

Zakaz był tak restrykcyjny, że pierwsze jego książki zaczęły się ukazywać dopiero po 1990 roku - był to tzw. "zapis na nazwisko". Cenzorzy w Polsce ( oprócz Mysiej w każdym mieście wojewódzkim był osobny Urząd Cenzury ) kontrolowali, aby nie tylko nie wydano jego książek , ale nie mogła ukazać się o nim żadna wzmianka, nawet w drukach ulotnych jak choćby nekrologi czy afisze teatralne.

Czym zasłużył sobie na tak długą banicję i usuwanie z resztek pamięci Polaków?

Przede wszystkim był świadkiem międzynarodowej komisji Czerwonego Krzyża w Katyniu w 1943 roku. To  między innymi on był oddelegowany przez rząd londyński i jako pierwszy widział masowe groby polskich oficerów. Brał udział, wtedy jeszcze wspólnie z hitlerowskimi Niemcami, w pierwszych ekshumacjach. Nie miał wątpliwości, kto dokonał tej straszliwej zbrodni i taki raport złożył do Londynu( później zeznawał w 1952 roku przed komisją kongresu USA ). Ale gdy realia polityczne odwróciły się i to sowieci "wyzwolili" Polskę, musiał ponieść konsekwencje tej wiedzy. Już w 1945 w Krakowie ruszył przeciwko niemu pokazowy proces, w którym był oskarżony o kolaborację z Niemcami.

Sprawa wydawała się prosta do uzasadnienia Goetel przecież wg. komunistów już przed wojną sympatyzował z hitlerowcami, o czym miała świadczyć jego książka "Pod znakiem faszyzmu" ( a sam z pochodzenia po ojcu też był Niemcem ) . 

Ale sprawy w śledztwie się skomplikowały - Goetel, po prawie pól rocznym ukryciu w zamkniętym klasztorze na Bielanach, zdołał uciec za granicę. A prokurator Roman Martini prowadzący sprawę,  chyba też nabrał pewnych wątpliwości, co do samej winy oskarżonego. Jego los był równie tragiczny jak pisarza. Doktor nauk prawniczych Martini został zasztyletowany  w swoim mieszkaniu, zaledwie 2 miesiące po swoim ślubie, rzekomo przez zazdrosnego "narzeczonego " swojej kochanki.

Sprawę zakończono zarzucając Goetlowi kolaborację z Niemcami, a wersja o odpowiedzialności Niemców za sprawę Katynia była utrzymywana praktycznie przez cały PRL. Swoje wspomnienia z tego okresu zamieścił w pamiętniku "Czasy wojny" - wydanym juz na emigracji w Londynie.

 

Wróćmy do samego pisarza. Czy dziś warto zadać sobie trud i szukać jego książek?

Po 100-kroć warto!!! A dla miłośników cracovianów, Młodej Polski i taternictwa to powinny być pozycje obowiązkowe.

Moja przygoda z Goetlem zaczęła się od powieści "Nie warto być małym" - to panorama młodopolskiego Krakowa na początku XX wieku. Spacery Plantami, zawirowania miłosne i światopoglądowe tuż przed wybuchem I wojny, artyści i biedni studenci. Czuje się w tej powieści jeszcze aurę starej konserwatywnej Galicji, która za chwilę ustąpi nowym rewolucyjnym czasom i młodym bohaterom. Stary krakowski Żyd i jego wnuczka, rosyjski urzędnik o polskich korzeniach, syn prostego chłopa, któremu udaje się skończyć studia, córka postępowej "socjalistki" i  prostytutka - wszyscy działają i czekają z nadzieją na wolną Polskę. Co im przyniesie? My z perspektywy lat wiemy, że nie tylko nadzieję.

Podobny  wspomnieniowy charakter ma pamiętnikarska opowieść "Patrząc wstecz". To znów przede wszystkim Kraków z młodości pisarza, ale też jego fascynacja taternictwem i górami. Pierwsze zachwyty i rozczarowania młodości. Szczególnie w tym tomie widać tę jego nieposkromioną naturę, której owocem była tak ciekawa biografia. To z niej i z wydarzeń historycznych, których był świadkiem czerpał materiał do swoich książek. A w połączeniu z jego wrażliwością na naturę i drugiego człowieka oraz lekkością stylu, powstawały książki niezwykłe i nawet po latach świetne w odbiorze.

Zajrzycie do "Kar-Chata", a rewolucja bolszewicka nie będzie już dla Was obrazami z Doktora Żywago, a nieskończoną bielą śniegu w stepach środkowej Azji, która może zesłańcowi przynieść śmierć lub wyzwolenie.

 

 

Zdjęcia pochodzą ze strony AGH, na której zorganizowano wystawę poświęconą braciom Goetlom. ( Tu Ferdynadn Goetel 1-szy z lewej a w Katyniu 3-ci z lewej )

 

A to okładka jednaj z powieści w wersji włoskiej ( do przedwojennych wydań angielskich wstęp pisał Chesterton i John Galsworthy )

17:46, oldbook
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 lutego 2016

Dziś kolej na lekturę dla chłopców.

I to jaką lekturę!!! Przed wojną "Lolek Grenadjer" doczekał się aż 6 wydań przed wojną.

Tak tę książkę wspomina słynny Papcio Chmiel:

"Moje patriotyczne wychowanie zaczęło się 80 lat temu od książki "Lolek Grenadier" i od dziecięcych zabawek. Dostałem kiedyś na gwiazdkę czapkę ułańską, szabelkę i konika na biegunach"

Ale jak to w życiu bywa może być i druga ciemna strona lektur - na tę książkę z lat dziecinnych, rzekomo uratowaną z rodzinnego domu przez nianię powołuje się też  generał Jaruzelski, którego pojmowanie patriotyzmu było wielce dyskusyjne i raczej kojarzy się nam z dyktaturą stanu wojennego, czołgami i jego ofiarami niż patriotyzmem.

Ale wróćmy do książki.

Autorem jest Antoni Gawiński, który nie tylko zresztą napisał tekst, ale i pięknie go zilustrował. Był zresztą znanym na początku XX wieku malarzem secesyjnym. Uczeń Gersona, studiował w Szkole Sztuk Pięknych u Jacka Malczewskiego i Teodora Axentowicza. Oprócz malarstwa chętnie ilustrował ksiązki, szczególnie dla dzieci a i sam był autorem kilku - Bajek staroświeckich, Dziesięciu rycerzy czy Przygód Okruszka.

W sercach chłopców pozostał jednak głównie dzięki "Lolkowi".

To opowieść o małym chłopcu, którego ulubionym bohaterem jest Napoleon. Marzy o spotkaniu z nim  służeniu mu jako jego grenadjer.  Zbliżają się święta,  czas magii więc tajemnicza wróżka spełnia życzenie chłopca i przenosi go w czasy napoleońskie.

Trafia na pole bitwy pod Austerlitz ( dziś Sławkowo ) i od początku okazuje się, że prawdziwa wojna ma niewiele wspólnego z dziecięcą zabawą cynowymi żołnierzykami.

Lolek zostaje ranny i trafia do szpitala, ale wcześniej udaje mu się bohatersko dostarczyć ważną przesyłkę dla samego cesarza. W zamian za to dostaje medal i możliwość rozmowy z Napoleonem. Ale to nie jest łatwe spotkanie.

"-Widziałeś wszystko, co działo się w lazarecie?

- Widziałem.

- Żal ci było tych ludzi?

- Strasznie!(...). Ja nie wiem, co robią - ale sami są bardzo biedni. - i bródka zaczęła mu się trząść na wspomnienie tych wszystkich nieszczęść i kalectw, które widział w lazarecie."

Cesarz tłumaczy, dlaczego światu potrzebne jest ich poświęcenie, "bo ci którzy teraz cierpią i giną, kupują za cenę swojej krwi szczęście i wielkość Ojczyzny".

Mały Lolek nie rozumie płomiennej przemowy i planów podboju świata, które roztacza przed nim Napoleon, ale słucha z zapałem, gdy nagle wyrywa mu się pytanie - "I zawsze będziemy  się bić?". Cesarz jest zniecierpliwiony, "patrzy nań ostro - Uczę was bohaterstwa, uczę chwały bojowej, zaprowadzam ład, który daje siłę narodową. Za mały jesteś, abyś to zrozumiał".

Zawstydzony Lolek deklaruje jednak chęć walki u boku Francuzów. Dostaje prawdziwy mundur, uczy się musztry a w końcu dostaje nawet prawdziwy karabin.

Razem z armią stacjonuje w małym miasteczku niemieckim, tam w karczmie przy butelce reńskiego wina rozmawiają dwaj zabawnie wyglądający Niemcy. Lolek przyłącza się do ich ożywionej dyskusji, chce im wytłumaczyć dlaczego stacjonują w ich kraju i dlaczego walczą. Jeden z Niemców tak mu odpowiada:

"- Znam lepiej niż ty, niż cała wasza armia, wady mego narodu - wy nas uczycie bohaterstwa, ale drogo sobie płacić każecie. A wiesz jak? Wolnością! A każdy swój kraj kochać winien i bronić go , ile sił starczy.

- O tak - dodał drugi - kiedy milkną armaty i nie widać żołnierzy, kiedy widać żeńców, co zwożą z pól ziarno, gdy słyszysz gdakanie kur, porykiwanie krów, trąbkę pocztową - wtedy jest szczęście i ład. To jest większe niż bohaterstwo - to jest największa rzeczą - a wojna to mord, to bezprawie - to zniszczone zasiewy i pola, to spalone wsie, to pozabijani ludzie młodzi i starzy."

Lolek próbuje bronić swoich racji, ale wtedy zaskakuje go kolejny trafny argument Niemca:

"Tak, ale wy chcecie ("zaprowadzić swoje porządki - tak to określa Lolek"), żeby potem było wam dobrze u nas - a nie nam u siebie." ( nota bene jak i póżniej i dziś pozostały aktualne te słowa !!!)

I mimo tych różnic Lolek rozstaje się z nimi po przyjacielsku. Czy ta wymiana argumentów go przekonała?

Dalej znów jesteśmy świadkami kolejnych bitew i potyczek Napoleona. Płyną lata, zmienia się Lolek, jego serce mężnieje, ale i staje się mniej wrażliwe na otaczające go nieszczęścia, sam chłopiec za sprawą magii jednak nie rośnie. Z armią napoleońską maszeruje przez ukochaną Warszawę, której wcale nie poznaje, widzi entuzjazm rodaków, którzy walcząc u boku cesarza marzą o odzyskaniu wolności, o własnym państwie. Ale widzi też upadek cesarza - najpierw pod Moskwą i żałosny powrót niedoszłych zwycięzców. Jeszcze jest jednak nadzieja. Napoleon znów wraca, ale wtedy następuje słynna klęska pod Waterloo.

Przygnębiony malec za sprawą magii budzi się ku swojej radości we własnym mieszkaniu. W domu ku jego radości krzątają się domownicy. Od mamy i taty otrzymuje na Gwiazdkę wspaniały prezent kompletny uniform grenadjera. Ale wtedy wtedy rezolutny malec deklaruje:

"Jeżeli dostanę mundur grenadjerski, zawieszę go na pamiątkę w mojej zbrojowni. Bo wojna jest ślicza..

- Ale na obrazku ... - przerwała Mamusia.(...)

- A nauczyły mnie tego trudy bojowe, okropności wojny i tęsknota za wami."

Tak kończy się ta piękna i pouczająca historia. Co jeszcze o tej książce warto dodać?

Jest świetnie napisana, bez nudnych i zbędnych opisów, akcja toczy się bardzo szybko. A dodatkowo mamy piękne, kolorowe ilustracje autora.

Dla wielbicieli Napoleona - obowiązkowa, podobnie jak dla innych chłopców interesujących się historią i wojnami.

 

 

 

 

 

18:16, oldbook
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 października 2015

Dziś trochę w innym, ale nadal klimacie retro.

W moje ręce trafiło właśnie przedwojenne polskie wydanie "Alicji w krainie czarów" z 1927 roku, a właściwie "Ali w krainie czarów".

W tym roku mija 150 lat od wydania tej magicznej książki. Mam wrażenie, że to trochę niechciane dziecko literatury. Autor w końcu poważny matematyk niechętnie przyznawał się do autorstwa, zasłaniając konsekwentnie pseudonimem literackim. Autor pierwszych ilustracji Tenniel kazał zniszczyć całe pierwsze wydanie z 1865 roku z uwagi na złą jakość druku. Zachowało sie tylko ok. 20 egzemplarzy z 1865 roku. Jeden z nich został sprzedany za rekordową cenę 1,5 mln dolarów, co jest do tej pory najwyższą ceną za książkę dla dzieci.

Ilustracje do niej stworzył miedzy innymi Dali.

W Polsce pierwsze wydanie ukazało się w 1910 roku, kolejne 3 przedwojenne już z ilustracjami Kamila Mackiewicza. Mnie zaintrygowały właśnie te ilustracje, dość nietypowe jak dla samego Mackiewicza z widocznymi nawiązaniami do art deco.

 

Ale historia Alicji, to nie tylko intrygująca baśń dla dzieci, to również pełna tajemnic opowieść dla dorosłych. Jeszcze bardziej intrygująca, jeśli poznamy kulisy jej poznania.

Introwertyczny profesor matematyki Charles Dogson ( bo to prawdziwe nazwisko Lewisa Carrolla ) przyjaźni się głównie z małymi dziewczynkami. Namiętnie je fotografuje, czasem w bardzo dziwnych pozach, niektóre nago ( ponoć jak podają biografowie za zgodą rodziców - czy np. za jakąś opłatą finansową o tym nie wspominają ). Zdjęcia nawet dziś mają niewątpliwy podtekst erotyczny a w czasach, gdy pokazanie łydki przez kobietę było skandalem, a świat dzieci i dorosłych był starannie izolowany przez sztywną etykietę, osobne pokoje, bony i guwernantki ( oczywiście w tej sferze, w której obracał się profesor ) mogą budzić dziwne uczucia i konsternację.

Dwie z małych modelek Dogson fotografował szczególnie często - Alexandrę Kitchin i Alice Linddel. Gdy dorosły stracił nimi zainteresowanie i znalazł sobie nowe modelki.

Zdjęcia Alice, dla której stworzył historię o Króliczej Jamie i opowieść " Po drugiej stronie lustra" są szczególne. Zobaczcie zresztą sami, jak prowokująco i tajemniczo uśmiecha się Mała Alicja. To zdjęcie robi na mnie większe wrażenie niż nawet pocałunek składany na twarzy profesora.

11:01, oldbook
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 października 2015

Tego wydania przygód Pyzy nie znałam z dzieciństwa. Ale gdy książeczkę przeczytałam, wiedziałam dlaczego była praktycznie nie do zdobycia w PRL-u.

Wydana została w niewielkim nakładzie 10 tys. w 1948 roku, a już w styczniu 1949 na zjeździe w Szczecinie Związek Literatów Polskich wprowadził jako dominujący kierunek - socrealizm.

I mimo że Hanna Januszewska nie została wpisana na listę "zakazanych pisarzy dla dzieci" to niektóre jej utwory, jak np. "Jak polska Pyza wędrowała" musiały przejść gruntowną zmianę .

W 3-ciej części "mazowiecka kukiełka" wędruje po zrujnowanej po II wojnie stolicy. Gdy czyta się to wydanie, wyraźnie widać, że jest jeszcze całe utrzymane i stylistycznie i graficznie w starym, przedwojennym stylu ( rok później krytycy określiliby go jako sanacyjno-burżuazyjny).

"Pyzulę" w wędrówkę po stolicy zabiera stary kapral - przypominający  naszych przedwojennych ułanów w rogatywkach, a sumiasty wąs może niejednemu starszemu czytelnikowi skojarzyć się z marszałkiem Piłsudskim.

Oczom Pyzy ukazują się "okaleczałe domy", "warszawskie usypiska", " w blasku w gruzach miasto leży" i jedna z bardziej przejmujących zwrotek:

"Domy twe - cacka zwalone,

mury twe - ogniem spalone

okienka - wesołe oczy

wydarto. Mrok cię otoczył.

 

A w mroku - szkielety domów,

a w mroku - z srogich wyłomów

sterczą latarnie zgięte,

starganych żelaziw strzępy

sterczą, jak stworów ramiona."

Znużona tą przygnębiającą wędrówką Pyza zasypia. A w snach przenosi się do dawnej pięknej Warszawy. Najpierw widzi wioskę rybaka Warsza, króla Kazimierza Wielkiego, naszą husarię, później mieszczańskie rozedrgane życie miasta, wreszcie trafia do warsztatu Jana Kilińskiego, który szykuje się do walki.

Te obrazki zaczynają się jednak plątać i nie wiemy już, co jest snem a co jawą. Czy to opowieść o powstaniu Kilińskiego, czy może o powstaniu z 1944 roku:

"Grzmią kule nad baśniami

kule świszczą nad snami,

w świście kul sen się splątał.

Któż to stoi przy lontach,

patrioty sprzed wieków,

czy ci, po których pieką

jeszcze nieoschłe sny?"

Jednak autorka nie zapomina, że jest to utwór dla najmłodszych odbiorców, pewnie wielu z nich czytając go miało jeszcze przed oczyma straszne obrazy, które widziało na własne oczy, daje więc im pocieszenie:

"Ogień się baśni nie ima.

Dziecko baśń w rękach trzyma

- Spij-że. Jesteś bezpieczna (...)"

I jak to oczywiście w baśniach bywa wszystko kończy się optymistycznie. Pyza budzi się :

"W imię Ojca, Ducha, Syna

Trzaby się roboty imać.

Pył odmiatam, gruz odwalam

Cożem? Malowana lala?"

Wątków i nawiązań religijnych jest tu zresztą bardzo dużo. To też charakterystyczne, bo po roku 1949 znikną one w zasadzie zupełnie z książek dla dzieci, jako zbyt mało postępowe i siejące fanatyzm religijny.

Mnie urzekł opis w drugiej godzinie snu Pyzy obraz przygotowań do Świąt Wielkiej Nocy, jakie toczą się w jednym z domów sarmackiej Warszawy.

Zajęta przygotowaniami mama gniewa się na swoje dzieci, które nie mogą się doczekać pieczenia ciast:

"Modlić się to nie łaska?

Spójrzcie: Jezus z obrazka

pogląda dumający

Pan Jezus bolejący- "

A dzieci ( jak to dzieci ) zgodnie chórem wołają: " - Myśmy się już modlili"

Mama zaczyna więc rytuał świątecznego pieczenia:

" - W imię Ojca i Syna -

Oto się wypiek zaczyna.

"In nomine Patris et Filii

będziemy ciasto miesili."

A do pomocy staje imć Szaławiła - chwat nad chwaty i żołnierz, choć już po miodzie u Fukiera :-) , który wyrobił "złote baby, przekładańce, 100 mazurków, śmigły sękacz" i śliczniutką Pyzulę. Wszystko wkoło radośnie zaśpiewało:

"Zmartwychwstania tajemnicę.

Alleluja - rynku stary!

Alleluja - wieże Fary

Grzmij, Zapiecku! Graj, Podwale!

Chrystus Pan zmartwychwstał w chwale!"

Zachwyciła mnie ta mała książeczka. Często słyszymy, że z najmłodszymi trudno jest rozmawiać o ciężkich  tematach. To wydanie Pyzy zdecydowanie przeczy tej teorii.  

A może koś z czytelników tu zaglądających podrzuci mi jakieś tytuły?

 

 

 


12:30, oldbook
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 lipca 2015

Pyza to kolejna kultowa bajkowa postać z mojego dzieciństwa. Oczywiście w dzieciństwie poznałam Pyzę nakreśloną ręką A. Kiliana oraz Pyzę serialową ze słynnej kreskówki.

Nie wiedziałam, że ta mała bohaterka miała swoje sekretne życie przedwojenne i musiała się poddać socjalistycznej reedukacji.

 

Pierwsze wydanie bajeczki Hanny Januszewskiej miało miejsce w 1938 roku pod tytułem „Jak polska Pyza wędrowała”. W tej wersji książeczka ukazała się jeszcze w 1946 roku za granicą w ramach Biblioteczki Dziatwy przy 2-gim Korpusie.

 

Kolejne wydanie z 1951 z pierwowzorem ma niewiele wspólnego, w zasadzie ogranicza się do samej koncepcji wędrówki „Kluseczki” po Polsce. Tylko że Polska z 1938 i 1951 roku to dwa zupełnie różne kraje.

 

Przedwojenna wędrówka Pyzy rozpoczyna się na Mazowszu, aby przez Wielkopolskę i Tatry oraz Kraków i Wieliczkę dotrzeć na Kresy. Tu zwiedza Lwów i Cmentarz Łyczakowski, w Wilnie podziwia Ostrą Bramę i Cmentarz na Rossie, odwiedza też Grodno.

 

Po wojnie autorka została zmuszona do dostosowania wędrówki do nowych realiów geopolitycznych. Jak napisała badaczka Barbara Tyszkiewicz:

„ Powojenna Pyza wystąpiła w roli popularyzatorki pojałtańskich porządków w Europie Wschodniej, tłumaczonych jako powrót do historycznych granic”.

Syn autorki wspominał, że zmiany te były warunkiem wznowienia książki.

 

Pyza z 1951 roku wyrusza więc na tzw. Ziemie Odzyskane – zwiedza Szczecin, Zieloną Górę, Jelenią Górę, Zgorzelec, Opole, gdzie znajduje oczywiście ślady ich słowiańskiej przeszłości.

Kresy zostały całkowicie usunięte z nowej edycji.

 

Dzielna Pyza wpisuje się też w schemat socrealistycznego entuzjazmu odbudowy kraju. Wydaje więc walkę chwastom, zwiedza hutę szkła i koskownię, przygląda się budowie Nowej Huty, spotyka radzieckiego „przyjaciela”, który wznosi dla nas Pałac Kultury i Nauki, czy dzielnie wskakuje na traktor.

B. Tyszkiewicz znalazła też dokumenty z G.U.K. P.i W, świadczące o tym, że jedna z cenzorek podejrzewała Pyzę o ujawnienie tajemnicy wojskowo-komunikacyjnej w jej wędrówce po zaporze. Jednak naczelny cenzor, bo przyjrzeniu się wersom:

„Wędrowała i śpiewała

nóżki sobie udeptała.

Więc przysiadła, ot, nieboże,

koło Bobru, przy zaporze.”

wniosek o przeredagowanie fragmentu uchylił, nie widząc zagrożenia dekonspiracji strategicznego miejsca w obronności i gospodarce socjalistycznej ojczyzny.

 Przedwojenna oryginalna wersja została wydana dopiero przez NK w 1993 roku, jednak kolejne wznowienia opierają się głównie na wersji ocenzurowanej z 1951 roku.

 

 

16:55, oldbook
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 czerwca 2015

O tym, że istnieje tzw. lista niemiecka ( z drugiej wojny światowej ) książek zakazanych nie wiedziałam. Myślałam, że po prostu "odgórnie" zabronili wydawania wszystkiego, oprócz tzw. gadzinówek. Mieliśmy przecież być zredukowani do najprostszej siły roboczej - stąd zamknięcie uniwersytetów, szkół.

Ale skrupulatni Niemcy, podobnie jak komuniści, stworzyli listę autorów i tytułów szczególnie niepożądanych, "niemieckowrogich" i szkodliwych..

Na zaciętej aukcji internetowej nabyłam listę numerowaną jako 432 i jest to lista Nr 3 z 1942 roku, oczywiście znów ściśle tajna!

 

 

Czytam i chyba bez większych zaskoczeń. Oczywiście wszystkie utwory, które wskazują na zwycięstwo pod Grunwaldem, na potęgę Piastów, na związanie Śląska, Wielkopolski lub Pomorza z Polską, automatycznie są na liście.

Nie można też pisać swobodnie o Koperniku, Wicie Stoszu i ... Piłsudskim. Zresztą mam wrażenie po przejrzeniu tej listy, że wszystko co dotyczyło II Rzeczypospolitej było zakazane - a więc Legiony, pisma Ignacego Paderewskiego, Mościckiego, Hallera i Dmowskiego.

Bardzo obawiano się edukacji historycznej - obok Piastów, stale pojawiają się opracowania lub beletrystyka dotycząca polskich bohaterów narodowych : Jana III Sobieskiego, Batorego, Kościuszki, Hetmana Żółkiewskiego, Czarneckiego, Chodkiewicza, powstań narodowych i oczywiście Konstytucji 3 maja.

"Dzieje Polski ilustrowane" Sokołowskiego - zakazane.

"Ojczyzna w piśmie i w pomnikach" Heleny Rzepeckiej - zakazane. Cepnik, Grabbiec, Szajnocha - zakazani.

Na czym polega różnica z listą komunistyczną współtworzoną z kolaborującym z ZSRR rządem?

Głównie podejściem do klasyków polskich - Niemcy ich nie tolerowali . Na liście mamy więc - Mickiewicza, Słowackiego, Krasickiego i nawet Jana Kochanowskiego! Oczywiście  jest również Sienkiewicz ( nie tylko z Krzyżakami), Orzeszkowa, Konopnicka, Kraszewski czy Żeromski.

Niemcy nie cenili poezji i awangardy ( a może wprost przeciwnie przeceniali jej wpływ na społeczeństwo) - stąd nazwiska Tetmajer, Peiper, Tuwim, Wierzyński.

Oczywiście na indeksie była też tematyka harcerska i zuchowa - tu podobnie jak komuniści zdawali sobie sprawę, jak ważne jest wychowanie najmłodszych pokoleń!

A w mojej ulubionej kategorii literatury dla najmłodszych wiele pozycji tak samo groźnych było dla nazistów jak i dla komunistów, proszę oto kilka przykładów:

1. Miejsce W. Bełza "Katechizm polskiego dziecka" ( tak, tak ten sam ! )

2. "Bohaterski miś" B. Ostrowskiej ( ten sam pluszak z I wojny, o którym pisałam)

3. Zofia Kossak-Szczucka ( chyba wszystko łącznie z Kłopotami Kacperka Góreckiego Skrzata )

4. Kornel Makuszyński ( Uśmiech Lwowa, Skrzydlaty chłopiec, Wanda leży w naszej ziemi, Złamany miecz)

oraz  Zuzanna Rabska - wszystko, Artur Oppman - wszystko, J. Korczak - naturalnie wszystko, Deotyma "Panienka z okienka", A. Domańska "Historia żółtej ciżemki",  A. Kamiński "Antek Cwaniak",  Maria Kann "Pilot gotów",  Janusz Meissner, Wacław Gąsiorowski, W. Przyborowski....

Oraz mniej znani a dawniej bardzo popularni Antoni Gawiński,  Maria Bogusławska, Zofia Bukowiecka, Jerzy Braun,Maria Buyno-Arctowa, Bronisława Bobrowska, Jadwiga z Łobzowa, Edmund Jezierski, M. Reutt.

 Przeglądam i myślę, że raptem 60/70 lat później sami dobrowolnie zrzekliśmy się tego zbędnego, nudnego balastu klasyków.

Fragmenty jako lektury, plus całkowity odwrót inteligencji od literatury. A jeśli już coś przeczytamy na urlopie, to nie Sienkiewicza czy Żeromskiego, ale raczej skandynawski kryminał lub "celebryckie  biografie".

A w przypływie patriotyzmu może kryminał skandynawski zamienimy przy kasie na polski ;-(

 

21:54, oldbook
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 kwietnia 2015

Pisałam już o utworach, które przez cenzurę nie zostały dopuszczone do druku przez wiele lat, niektóre musiały czekać, aż upadnie komuna w Polsce, aby doczekać się wznowień.

Ale cenzura, działała też bardziej wyrafinowanie, np. dopuszczała do druku, ale należało zmienić parę zdań, wymowę utworu, usunąć jakiś wątek. Ot, taka tam drobna kosmetyka. Jakież to może mieć znaczenie?

Tak, jakie skoro tak przy tych zmianach cenzorzy się upierali? Czyli detal czyni czasami jednak wielką różnicę.

Takiemu "unowocześnieniu" przez cenzurę poddano popularny, zdawałoby się niewinny komiks przedwojenny dla dzieci czyli "Przygody Koziołka Matołka" ( pierwsze wydanie z 1932 roku).

Autorem tekstu był bardzo popularny przed wojną pisarz dla młodzieży Kornel Makuszyński. Na liście cenzorskiej z 1951 w zasadzie zabroniono wydania tylko jednej jego książki "Uśmiechu Lwowa". Ale w praktyce przez kilka kolejnych lat nie wydawano nic.

Przełom nastąpił dopiero po odwilży stalinowskiej w 1956 roku. I wtedy zezwolono na druk nawet "Koziołka Matołka", tak wzgardliwie traktowanego przez socrealistów, jako przykładu płytkiej  rozrywki wzorowanej na amerykańskich "comics".

Warunkiem były oczywiście zmiany w ilustracjach, których musiał dokonać Marian Walentynowicz ( autor rysunków).

Co zmienił? Oczywiście przedwojennych policjantów i żołnierzy w rogatywkach na funkcjonariuszy Milicji i Ludowego Wojska Polskiego, usunięto obrazki z modlącymi się dziećmi i z kościołami, polski samolot z biało-czerwoną szachownicą został zmieniony na radzieckiego miga, a lecąc na Warszawą Matołek widzi już nie kolumnę króla Zygmunta tylko dar architektoniczny towarzyszy radzieckich czyli Pałac Kultury i Nauki.

A może znajdziecie jeszcze jakieś inne zmiany?

( Ilustracje znalazłam na stronie o polskim komiksie www.tytusdezoo.republika.pl )

A Joanna Papuzińska w "Moim bajarzu odnowionym" pisze, że podczas stanu wojennego niechlubna Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego przerobiona na słynną wronę, która skona i orła nie pokona, budziła znów taki niepokój cenzury, że " z kiosków Ruchu wycofano pośpiesznie wszystkie pocztówki Mariana Walentynowicza z "Koziołka Matołka", gdzie bohater przebrany w mundur żołnierski, stoi pod drzewem, z którego przygląda mu się wrona."

Oj, nie był taki naiwny ten nasz Koziołek, jak nam się w dzieciństwie zdawało, oj nie!

 

 

12:32, oldbook
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 marca 2015

Życie potrafi być zadziwiające i przewrotne. A losy jednego z naszych najwybitniejszych poetów XX-lecia wojennego Jana Lechonia, świadczyć mogą o tym szczególnie dobitnie.

Nawet jeśli ktoś nie zna jego poezji,  to może pamięta jeszcze ( ze starego liceum) buńczuczne wyzwanie młodego poety rzucone w 1917 roku w wierszu "Herostrates" : A wiosną - niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę". Swoisty manifest pokolenia, które marzyło, że długo oczekiwana niepodległość Polski, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odmieni stare zaklęcia, przywróci normalność, pozwoli cieszyć się ( krótkotrwałą jak się szybko okazało ) stabilizacją.

Obdarzony ogromnym poczuciem humoru współtwórca kabaretu "Pod Pikadorem" i członek słynnej grupy literackiej "Skamandryci" - " Jan Lechoń, genialne dziecko, które zachwyciło salony literackie Warszawy dwoma tomikami wierszy napisanych w wieku szkolnym, również wyglądem potwierdzał wyobrażenie o poecie biednym, beztroski i roztargnionym, którego świadomość rzadkim bywa gościem w codzienności." ( "Dwudziestolecie literackie" A. Zawada)

Ale szybko dochodzi do głosu rzeczywistość i po świetnym "Karmazynowym poemacie" poeta milknie na prawie 20 lat. I paradoksalnie to nie wolność, ale właśnie kolejna wojna i zniewolenie pozwalają mu znów tworzyć.

Po wybuchu II wojny pozostaje na emigracji i nie wraca kraju po 1945 roku, podobnie jak jego przyjaciel Kazimierz Wierzyński. I ten, który walczył z mitami sam się do nich odwołuje, tworząc przejmujące wiersze w duchu szkoły naszych wielkich romantyków ( "Pieśń o Stefanie Starzyńskim","Rejtan", "Marsz II Korpusu" ).

Dlatego podobnie jak inni poeci emigracyjni, był poetą niewznawianym ( wydania przedwojenne poezji i później dopiero "Poezje" z 1995 roku), przywoływanym jedynie jako współtwórca Skamandrytów obok J. Tuwima. Nad wierszami emigracyjnymi panowała "komunistyczna zmowa milczenia".

Niestety i obecnie zaczyna dominować dziwna narracja w interpretacji twórczości poety i nawet w Wikipedii podkreśla się głównie jego orientację seksualną, jakby ten wątek dominował w twórczości, co dla każdego wnikliwego czytelnika jest założeniem z gruntu nieprawdziwym, natomiast z pewnością nośnym medialnie :-(

O tym, że w swoim dorobku poeta ma również jedną książeczkę dla dzieci dowiedziałam się zupełnie przypadkowo, a wierszowana "Historia o jednym chłopczyku i o jednym lotniku" wydana w 1946 roku w Londynie z pewnością warta jest poznania:

 

18:51, oldbook
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 marca 2015

Tym razem miało być o polskiej "Ani z Lechickich pól." Zaintrygował mnie fakt, że też mieliśmy swoją przedwojenną Anię.

Ukazały się trzy tomy: Dziecięctwo, Młodość i Miłość Ani. Autorką powieści jest Maria Dunin-Kozicka.

Oczywiście trafiła na listę cenzury PRL-u i to nawet "nominowana" w dwóch kategoriach: książek dla dzieci i książek dla dorosłych.

Kupiłam wydania wznowione po 89-tym. Zaczęłam czytać od kategorii dla dorosłych, czyli od "Burzy".

Niby znamy te fakty z historii, ale książka opisuje te wydarzania w sposób wstrząsający.

To opowieść o końcu kresowego życia polskiego ziemiaństwa na Ukrainie. O pierwszej fali rewolucji bolszewickiej, która wypędziła Polaków z ich majątków i posiadłości,  tej z lat 1917-1920.

Po przeczytaniu pierwsze skojarzenie, jakie mi się nasunęło, to z "Doktorem Żywago" B. Pasternaka. Ale tylko tematyka jest podobna, bo wszystko inne odróżnia znacząco te książki od siebie. U Pasternaka mamy głównie opowieść o miłości, której tłem jest rewolucja w Rosji. Kozicka opisuje rewolucję, która determinuje życie wielu ludzi, która zamienia je w tragedię. U Pasternaka mamy jakiś rodzaj konieczności dziejowej, wiatru historii, który zmienia losy,  u Dunin-Kozickiej to tsunami, które niszczy wszystko, co napotka po drodze.

A współczesny czytelnik ma świadomość, ze to zaledwie preludium sonaty rewolucyjnej, że to 1-sza fala prawdziwej hetakomby.

Druga fala uderzy w chwilowych zwycięzców, czyli w Ukrainców ( Wielki Głód na Ukrainie). Zresztą o samych Ukraińcach autorka wypowiada się dobrze, zdaje sobie sprawę, że Bolszewicy wykorzystują po prostu biedę i ich brak wykształcenia, a za zaniedbania w tej dziedzinie zaczyna obwiniać między innymi polskie ziemiaństwo.

Z dużą dozą wnikliwości autorka ukazała też metody przejmowania władzy przez komunistów - idealistyczne hasła głoszone przez rozsyłanych po całym kraju agitatorów ( mi  nasunęło to skojarzenia z emisariuszami typu ksiądz Robak, którzy trafiali z kolei do polskich chat ) i później całkowity dysonans w działaniu : cierpią również najniższe warstwy i oni trafiają do więzień podejrzani o kontrrewolucję ( np. zarzut taki spotkał dozorcę z dworu, któremu nie spodobała się gra na fortepianie jednego z bolszewików ).

Gdy Dunin-Kozicka trafia do Komitetu Propagandy przez chwilę czujemy się jak w absurdalnym świecie Kafki. Dawne jej mieszkanie i cała piękna  kamienica zajęta przez Tajemniczy Urząd. Stosy ulotek i opracowań i zapracowani rewolucjoniści, którzy nie zwracają żadnej uwagi na błąkającą się załamaną kobietę.

A napięcie rośnie z rozdziału na rozdział. Początkowo zresztą mamy jeszcze opis spokojnego życia w kresowym dworze. Nadciągające echa wojny, wydają się odległe i nierealne w swym opisie. Dlatego państwo Koziccy zachowują spokój. Gdy wokół palone są inne majątki, oni wierzą, że ich poddani nigdy nie posuną się do takich czynów. ( Mają zresztą trochę w tym racji, bo chłopi ukraińscy staną w obronie swego pana). Ale rusza machina rewolucyjna - ziemie zostają zarekwirowane, konta w bankach przejęte. Czytając zastanawiałam się dlaczego nie uciekają, dlaczego tak się narażają? Jedyne wytłumaczenie jest takie, że nikt nie mógł sobie wyobrazić, że można robić w XX wieku takie rzeczy ( a wiemy, że za 20 lat wszystko powtórzy się na jeszcze większą skalę - no cóż widać, że historia niczego nas nie uczy...)

Czyta się te strony z narastającym napięciem. Zresztą autorka początkowo daje nam szerokie opisy wydarzeń, gdy pętla się zaciska, pozostają tylko jakby krótkie wyrwane kartki z kalendarza. Po opuszczeniu dworu i przeprowadzce do Kijowa znów chwilowo wydaje  się, że sytuacja ulega normalizacji.

Ale to tylko złudzenie, które znów pryska, gdy zostaje aresztowany mąż. Zaczyna się dla Kozickiej kolejny etap - szaleńcze poszukiwania. A my dostajemy wstrząsające nawet dziś opisy metod czerezwyczajki. Bezzasadne aresztowania, tortury, oczekiwania w celach śmierci, czasami zwolnienie po łapówce, częściej kara śmierci "strzałem w tył głowy" i wspólna mogiła w przypadkowym dole. I cisza, bez najmniejszej nawet informacji dla rodziny. A później horror ekshumacji dla rodzin, gdy bolszewicy uciekają przed Denikinem.

Jak znaleźć i ocalić męża, gdzie się schronić z córką?

Nie mogła więc ta książka ukazać się w komunistycznej Polsce, bo ukazywała mechanizmy działań Sowietów. I mimo podobnego tematu, tak różni się od "Doktora Żywago". Jest pisana, jakby "trzewiami" kobiety, która to wszystko przeszła.

Ta historia nie powstała przy biurku pisarza, tu pisarzem było Życie, a Dunin-Kozicka ujęła tylko swoje wspomnienia w ramy powieści. 



 

 

Spis moli