RSS
wtorek, 26 listopada 2013

Janina Porazińska to klasyka polskiej literatury dla dzieci. Kto z nas nie zna wierszyka " W Wojtusiowej izbie", jej "Szewczyka Dratewki" czy "Pamiętnika Czarnego Noska"?

Mamy czytały nam, teraz my czytamy naszym dzieciom.

Ale na wspomnianym indeksie PRL-u znalazły się również utwory tej poetki. Mimo licznych późniejszych wydań kilka pozycji nigdy się nie doczekało wznowień.

Trzy z tytułów brzmią niegroźnie: klasyczne "Legendy", swojsko-słodko brzmiące "O Franusiu z Pogwizdowa" i wydawałoby się niewinna "Wesoła gromada". 

"Spalony dwór" brzmiał pewnie niepokojąco z punktu widzenia widzenia komunistów - samo słowo dwór już przecież było podejrzane i wrogie klasowo.

Ale udało mi się dotrzeć do samej książki, a dalej było jeszcze bardziej nieprawomyślnie.

Do spokojnej wsi dociera linia frontu ( oczywiście mamy do czynienia z inwazją bolszewicką, zresztą podtytuł brzmi "Opowiadanie z 1920 roku"). Mały Janek  chwyta bochenek chleba, wskakuje na koń i ucieka przed siebie. Zostawia za sobą łunę pożarów. W końcu zmęczony dociera do dziwnego ogrodu, w którym natrafia na zgliszcza tytułowego dworu. W tym jeszcze tlącym się rumowisku znajduje małą dziewczynkę i pomaga jej wyjść z przywalonej deskami piwnicy.

Odtąd dwójka małych bohaterów staje się nierozłączna. Razem szukają pożywienia wśród ruin, robią sobie schronienie, udaje im się nawet złapać wystraszoną kozę i rozproszone kury. Podczas jednej z wycieczek, Janek wpada w ręce bolszewickiego patrolu, który poszukuje ukrywających się skautów. Dzielny chłopak ostrzega harcerzy i wspólnie udaje im się nawet wziąć do niewoli zaskoczonych bolszewików z patrolu. A Janek ciska w nich pieniądze, którymi próbowali go przekupić.

Wyczerpaną i zemdloną Zosię znajduje na drodze stara Jagna. Jej historia zresztą jest równie wzruszająca jak dzieci. Gdy dziewczynka nabiera sił, Jagna odprowadza ją do spalonego dworu. Do dworu i Zosi wraca też Janek, ale po drodze czeka go niezwykłe znalezisko. Spragniony i głodny znajduje w opuszczonej chacie pozostawione niemowlę. Powiem szczerze, że ta scena zmroziła mnie, bo autorka opisuje, że dziecko przeżyło .... karmione przez wychudzoną suczkę!!!  Oczywiście rezolutny chłopak i tym razem sobie poradzi.

W spalonym dworze pojawiają więc się kolejni mieszkańcy - Jagna i  mały Marcinek.

Po pewnym czasie dzielne dzieci postanawiają wyruszyć na poszukiwania rodziców. Niestety, aby dotrzeć do swoich muszą przekroczyć linię frontu. Wpadają znów w ręce bolszewików i zostają ich jeńcami. Do oddziału dociera wieść, że Warszawa została zdobyta przez bolszewików. Rosjanie wiwatują. Ale niedługo potem inna informacja - klęska i odwrót.

Goniec opowiada: "Polakom nieczyste siły pomagają. Wszystko dobrze szło do Wisły. Wisła to ich święta rzeka. Wstały z Wisły dziewice-topielice i rycerze-topielcy i na czele wojsk polskich postawali. Gdzie rycerz-topielec mieczem machnie, tam nasi padają, jak kłosy pod sierpem.(...) Zabieraj się bracie, aż pod Ural, bo co bliżej, to Polak dogoni."

"Lotnicy byli naocznymi świadkami klęski nad Wisłą. Nie opowiadali bajek o topielicach, ale mówili o mądrości dowództwa, o niezwalczonej sile polskiego patriotyzmu, o mocarnym wysiłku całego narodu, o walkach na okopach dzieci, księży i kobiet."

Jankowi i Zosi udaje się uciec i w końcu trafiają na Polaków. Biedne kobiety zapraszają dzieci do stołu i wtedy okazuje się, że jedna z nich jest matką uratowanego cudem Marcinka.

Tych wzruszających spotkań jest zresztą pod koniec książki więcej, bo i Zosi udaje się odnaleźć mamę, która była przekonana, że jej ukochana córeczka zginęła podczas pożaru dworu.

I jak to w książkach dla dzieci wszystko kończy się dobrze, a dwór zostaje wkrótce odbudowany.

Przytoczyłam tu ważniejsze wydarzenia, bo zdaję sobie sprawę, że jest to książka zupełnie nie znana współczesnym czytelnikom. Mnie niezmiernie urzekła ta wzruszająca opowieść. Jest świetnie napisana, czyta się ją jednym tchem.

Jedyny problem, jaki mam z nią, to zaklasyfikowanie wiekowe jej odbiorców. Czy dzisiejsze dzieci zainteresowałaby ta historia? Wydaje mi się, że szczególnie początek i organizacja życia przez dzieci w spalonym dworze jest barwnie i mimo wszystko lekko napisana. Ale już scena z porzuconym dzieckiem, jest nawet dla mnie, osoby dorosłej wstrząsająca. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to nie ona przesądziła o tym, że książka ta nigdy nie została wznowiona. A dzieci, których dzieciństwo przypadło na późniejsze czasy kolejnej wojny, również nie miały beztroskiego dzieciństwa.



23:18, oldbook
Link Komentarze (3) »
środa, 06 listopada 2013

Artur Schroeder "Orlęta" Z walk lwowskich.

Do zniszczenia przeznaczono wszystkie wydania książki.

Zresztą sam autor swoim życiorysem naraził się dostatecznie władzy komunistycznej - ten historyk sztuki był początkowo związany ze Lwowem, gdzie redagował "Życie teatralne".

Jednak po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej, a w listopadzie 1918, gdy Ukraińcy zajęli Lwów przystąpił do obrony miasta.

Swoją walkę kontynuował dalej podczas inwazji bolszewickiej w 1920 roku. Ciężko ranny w potyczce pod Zadworzem był czterokrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych.

Od 1927 roku mieszkał w Krakowie, gdzie został sekretarzem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych. Oskarżony przez Adolfa Szyszko-Bohusza o nieprawidłowości w księgach finansowych towarzystwa i ... zakup węgla do swojego służbowego mieszkania popełnił 16 kwietnia 1934 roku samobójstwo. ( Tak niewiarygodne były kiedyś czasy!!! - )

Późniejsze sądowe zbadanie ksiąg Towarzystwa nie stwierdziło nadużyć!

Jego gorącym obrońcą był na łamach krakowskiej prasy inny znany pisarz i legionista Zygmunt Nowakowski.

Sam Schroeder działalność pisarską traktował jako uboczną działalność, jego żywiołem była krytyka sztuk pięknych.

Wydał tomiki poezji "Chwila", "Echa", nowele "Ostatni Hamlet", powieść "W latarni" i

"Orlęta. Z walk lwowskich".

"Orlęta" - zostały przed wojną wydane kilkakrotnie , między innymi z pięknymi ilustracjami Kamila Mackiewicza. Są to krótkie opowiadania, które ukazują walkę młodzieży o ukochany Lwów. Napisane świetnie, dynamicznie doczekały się jeszcze przed II wojną przekładu na język francuski.

Jeśli uda wam się gdzieś do nich dotrzeć, przeczytajcie koniecznie. Powinny należeć do kanonu literatury XX-lecia międzywojennego.

 

W jednym z przedwojennych wydań zachowały się głosy ówczesnej prasy: "Opowiadania te to cacka artystyczne i tak nam bliskie", "Gdyby autor tych prześlicznych opowiadań był pisarzem zagranicznym, książkę jego przetłumaczono by już na wszystkie języki. Poeta, sam jako obrońca, przeżył te chwile i wyczarował je z nieporównanym pięknem. Niech te "orlęta" czyta cała najmłodsza Polska - najlepsza to książka okresu wojennego."

 

 

 

 

 

12:55, oldbook
Link Komentarze (1) »
Spis moli